Cześć! Nazywam się Michał Cichocki, pochodzę z Konina, niewielkiej miejscowości w Wielkopolsce. Moją pasją są komputery, Internet i nowości technologiczne. Prowadzę bloga od połowy 2006 roku prezentując na nim moje codzienne życie. Chcesz wiedzieć więcej? Zapraszam na podstronę o mnie, a także do archiwum.
Wróć do strony głównej


24 Maja 2009

Dzisiaj, zaraz po przebudzeniu postanowiłem coś zrobić, taką miałem werwę w sobie. Pomyślałem zatem, że porąbie drewno. Padło na największy pieniek, jaki znajduje się na moim podwórku. Zabrałem się do pracy i po pół godzinie pieńka nie było :). Gdy Przemek wyszedł na podwórko wydarł się – co Ty zrobiłeś?! To był mój pieniek do skakania.

Spojrzałem to na niego, to na podwórko, znów na niego i na pieniek, który teraz był w małych kawałkach. W końcu do mnie dotarło – faktycznie, on na tym pieńsku skakał, był nawet podpisany. Jak mogłem o tym nie pomyśleć? Od tego czasu Przemek jest na mnie zły (dochodzi szesnasta). Próbowałem zrobić coś zastępczego – ustawiłem trzy spore kostki betonowe, jednak mu się nie spodobały. Zaproponowałem więc, że wystarczy trochę poczekać. Niedługo Pan, który przywozi nam drewno ponownie przyjedzie, a przedtem powie się, aby wziął też jeden większy pieniek. Za bardzo się nie ucieszył, w sumie to nic nie powiedział. Chyba muszę cierpliwie poczekać, aż mu przejdzie. Albo wymyślić coś innego, co zastąpi mu pieniek. Tylko co?

Przed chwilą wróciłem z wycieczki organizowanej przez Zuzię. Fakt, trochę się spóźniłem. Miałem być na 11, przyszedłem do niej w pół do pierwszej. Jak nie trudno się domyślić ona również była na mnie zła. Najpierw Przemek, teraz ona. Szybko jednak ją przekonałem, że byłem bardzo zajęty i wcześniej zjawić się nie mogłem. Poszliśmy nad Wartę. Chodziliśmy poprzez zielone tereny, blisko rzeki. Zamierzaliśmy dojść do mini plaży, na której moglibyśmy rozłożyć kocyk i się położyć, jednak okazało się, że na plaży już ktoś jest i łowi ryby… Poszliśmy zatem dużo dalej (przechodząc przez wielkie trawsko), pod most. Może mało to urocze, jednak nam się podobało. Pochodziłem trochę w rzece, a w zasadzie w jej dopływie, a później położyliśmy się na kocyku. Było cudnie. Poleżeliśmy jakąś godzinkę, może dwie, w międzyczasie tuląc się do siebie i całując. A później przyszła pora na powrót do domu.

Wracając natrafiłem na kolegę, z którym kiedyś roznosiłem ulotki. W zasadzie go nie znam, nie wiem nawet jak ma na imię, ale porozmawiać zawsze jest o czym. Kiedyś byłem bardziej zamknięty, a teraz sam proponuje tematy i ode mnie wychodzi inicjatywa do rozmowy (oczywiście nie ze wszystkimi). W domu czekał na mnie zły Przemek, który teraz właśnie ogląda telewizję i mama, która przygotowała już obiad. Zjadłem, napoiłem się i mogłem zasiąść przed moim Asusem. I tak kończy się opis dnia dzi… Nie, przepraszam, jeszcze jedna rzecz.

Gdy leżeliśmy z Zuzią pod mostem (jak to pięknie brzmi) zadzwonił do mnie telefon. Pani, która była po drugiej stronie oznajmiła mi, że ktoś do niej wczoraj dzwonił z tego numery ok. godziny 21. Hmm, myślałem i myślałem, a w końcu mnie oświeciło. Wczoraj siedziałem na lm.pl i szukałem ogłoszeń o pracę. Zadzwoniłem do dwóch osób – właśnie do tej Pani, która nie odebrała telefonu i do jednego gościa, który szukał sprawnych mężczyzn do pomocy na Konińskiej giełdzie (40zł za 6 godzin pracy) – podziękowałem. W zasadzie to nie zależy mi na znalezieniu pracy. Pracuje na pełen etat, umowa o prace, zarabiam sporo, jak na mój wiek, wszystko mi odpowiada, dlaczego więc chce jeszcze jednak pracy? W mojej obecnej pracy obowiązuje 12 godzinny schemat pracy, przez co mam 12/14 dni wolnego. Co robię z tym czasem? Większość poświęcam Zuzi, trochę w domu, sporo w Internecie. Pomyślałem więc, że trochę czasu mógłbym jeszcze poświęcić na pracę, aby mieć trochę więcej gotówki. Nie zależy mi na tym, ale dobrze by mieć więcej gotówki, biorąc pod uwagę to, o czym pisałem kilka dni temu.
Wracając do tej Pani. Dzwoniła z banku – będę przedstawicielem handlowym. W skrócie: Dostaje prowizję od wydanych kart kredytowych i udzielonych kredytów. Wydaje mi się, że to kiszka i nic nie wypali, ale nie zaszkodzi spróbować, nic na tym nie tracę. Jutro idę na spotkanie, o 11 (chyba nie zapomnę), po drodze wejdę też po jeszcze jedną filiżankę, w zasadzie to dwie, jedną dla Zuzi.

© 2006 - 2010 Michał Cichocki | Strona oparta na WordPress