Cześć! Nazywam się Michał Cichocki, pochodzę z Konina, niewielkiej miejscowości w Wielkopolsce. Moją pasją są komputery, Internet i nowości technologiczne. Prowadzę bloga od połowy 2006 roku prezentując na nim moje codzienne życie. Chcesz wiedzieć więcej? Zapraszam na podstronę o mnie, a także do archiwum.
Przed paroma chwilami skończyłem rozmawiać z Mileną. Chwile przed rozmową z milką rozmawiałem z Zuzią. Jaka myśl mnie naszła po tych dwóch rozmowach? Dlaczego ludzie, którzy się tak dobrze znają i rozumieją są z osobami, które kompletnie do nich nie pasują?
Milena jest wspaniała. Rozmawiałem z nią 13 minut i usta mi się nie zamykały. Nie mogłem skończyć z nią rozmawiać. Sama milka nie chciała, żebym kończył rozmowy. To jest cudowne. Gdy osoba chce, aby rozmowa była kontynuowana. Zawsze ten czas podczas rozmowy szybko mija (gdy rozmawiam z milką).
Z Zuzią rozmawiałem niecałe cztery minuty. Tak mdło i sucho. Rozmawialiśmy, ale to nie jest to. To coś, co dzieje się podczas rozmowy z milką.
Zuzia dostarcza mi przyjemności fizycznych. Mam kogo całować, kogo przytulać, dotykać, pieścić, doprowadzać do orgazmu. I tak samo ona ma mnie, może mnie całować, dotykać, pieścić, przytulać, doprowadzać do orgazmu (co przecież tak uwielbiam ;). Drażni mnie jej zachowanie i drażni mnie to, że kompletnie do siebie nie pasujemy. Nie rozumiemy się i kilka razy w miesiącu mamy kłótnie, które mnie męczą. Nie potrafię olać sprawy i powiedzieć „mam w dupie to co ona mówi”.
Ostatnio, w niedziele [17 lutego] Zuzia pierwszy raz się przemogła i dotknęła mojego penisa, oczywiście musiałem jej w tym pomóc. Ale jej dotyk był tak wspaniały. Gdy tak na niego spoglądała… Czułem się po prostu wspaniale. Pierwszy raz również [17 lutego] zdjąłem z Zuzi bluzkę i biustonosz. Leżeliśmy wtuleni w siebie pół nadzy. Było tak wspaniale… Zapewne nie zapomnę okresu spędzonego z Zuzią do końca życia.
Czwartek, 30 stycznia 2008r. Kończę pracę w elektrowni. Wiele się teraz u mnie zmieni, będę miał dużo więcej wolnego czasu, a także będę wstawał dużo później.
Praca w elektrowni była wspaniała. Codziennie rano wstawałem o 4.20, jadłem śniadanie, piłem miętę. O 4.55 zaczynałem szykować się na autobus, aby dwie, trzy po piątej być już na przystanku. Pięc po wsiadałem do autobusu i czekała mnie 40 minutowa podróż do elektrowni, która przebywałem z radiem Zet. Codziennie radio Zet. Żadne inne. Uwielbiam wiadomości o 5.00, a później o 5.30.
W pracy byłem ok. 5.50. Przebrałem się i… odpoczywałem. Tyle mam myśli, że nie wiem od której zacząć. Chciałbym napisać o początku, a także o moich zwyczajach. Zacznę od początku.
Ofertę znalazłem w internecie „Firma As Pak poszukuje mężczyzn do pracy fizycznej. Wynagrodzenie od 8 do 12zł”. Mniej więcej tak to wyglądało. Oczywiście z kasa było inaczej, ale dla 19-latka 800zł miesięcznie to i tak nieźle. zadzwoniłem do Pani i zapytałem się jak sprawa wygląda. Chciałem bodajże pracować na nocki, aby móc chodzić do szkoły, ale Pani powiedziała, że nie ma takiej opcji. Aby przyjąć się do pracy musiałem jedynie napisać podanie i dostarczyć je do siedziby firmy. Tak też zrobiłem. Podanie napisałem, a następnie pojechałem do elektrowni. Pierwsza wpadka. Wsiadłem w autobus 56, który do elektrowni nie dojeżdża i musiałem ponad kilometr iść na pieszo. W końcu jednak dotarłem na miejsce. Zaniosłem podanie i kazali mi się zmywać [w przenośni rzecz jasna xD]. Na razie nic mamie nie mówiłem. Dopiero później wspomniałem, że może zacząłbym pracować. Dałbym radę pogodzić pracę ze szkołą i tak dalej. Mamie oczywiście sie pomysł nie spodobał i stanowczo zabroniła mi pracować.
Któregoś dnia zadzwonił do mnie mój późniejszy administrator z informacją, że zostałem przyjęty do pracy i informacją, że jeśli jestem to mam się zgłosić jutro o godzinie 7. Strach. Co będzie, jeśli się nie sprawdze? Nowe otoczenia, znajomi. Jeśli mnie nie zaakceptują? Pojechałem, tym razem już dobrym autobusem. Dojechałem pod samą elektrownie. [zapomniałem dopisać, że bardzo trudno było wstać tak wczesnie, dodatkowo mając obok siebie kobietę, która za wszelka cenę próbowała mnie zmusić abym został, wszelkimi możliwymi sposobami. Musiała mnie oczywiście podołować, że sobie nie poradzę i tak dalej]
Czekałem pod pokojem i czekałem. W końcu pojawiła się Pani [Pani Jaroszewska - bardzo miła kobieta, o której za chwilę], która powiedziała, abym poczekał na Pana Jakubczyka [mojego administratora - w sumie tez miły Pan, o którym również później]. Pan Jakubczyk przyszedł, zaprowadził do swojego biura i zaczął rozmowę. O pracy, o wynagrodzeniu. Ja przedstawiłem mu sytuacje ze szkołą. Sprawa wyglądała następująco. Będę pracował w niepełnym wymiarze godzin, które następnie będę musiał odpracować w weekendy, albo zostanie odciągnięta mi z wypłaty określone suma pieniędzy. W zasadzie nic nie zostało ustalone, ale byłem zapewniony, że będzie dobrze.
Pierwszy dzień pracy był dość ciekawy. Zostałem wysłany na grabienie liści. Praca wydawała mi się fantastyczna, oczekiwałem czegoś dużo gorszego, typu sprzątanie pokoi. Pracowałem z jednym gościem, który nie był tak zafascynowany jak Ja, ale dogadywaliśmy się. Wkrótce poznałem całą ekipę. Nie pamiętam dokładnie jak to się toczyło, ale powoli oswajałem się ze wszystkimi. W pierwszy dzień chyba przyszedł mój kuzyn – Rafał, który ładnie się ze mną przywitał i to niejako dodało mi otuchy. Znam kogoś, kto pracuje tu dłużej ;p.
Po bodajże dwóch tygodniach zostałem wysłany na kocioł. Byłem ostrzegany o tym miejscu przez Rafała, który nota bene również tam zawędrował, że jest tam najgorsza praca jaka tylko może być. W rzeczywistości nie było tak źle. Napiszę więcej, było tam świetnie [jak na razie wszędzie jest świetnie, nie? Zaraz dojdę do tych złych rzeczy xD]. Mieliście małą kanciapę, gdzie znajdowały się szczotki [miękkie i twarde- musiałem zaznaczyć ;p], szypy, lodówka, stolik, krzesła, telefon. No i to chyba na tyle. I teraz mogę dojść do tego, na co czekałem. Opisanie całej ekipy – po to ten post został stworzony. Po kolej.
Pan Czesław [Czesiu, Czechu, Dziadek] – jeden z lepszych gości jakich znam. Starszy Pan, przed 60, który trzyma się jak 20-latek. Uśmiechnięty i surowy to fakt, ale to również jest jego plusem. Po pewnym czasie zawsze z rana leciałem z nim do sklepu po bułki [moja tradycja, zawsze rano jadłem jedną, dużą, suchą bułkę xD].
Pan Wiesław [Wieniu] – młodszy od Czesia, ale zbliżony do niego wiekiem. Człowiek, który lubi wypić, a jak wypije lubi się bawić w głupie gry typu „kto wrzuci to kółko na tamten dzyndzołek” xD. Bardzo miły gość, dojrzały, z lekkimi problemami, jak każdy Polak.
Igor – brygadzista z kotła. Młody, koło 23 lat, ambitny, wesoły i inteligentny człowiek. Podobają mi się jego poglądy. Jest to typ osoby nie wybuchającej, z reguły spokojnej, ale w kryzysowych sytuacjach potrafiący pokazać kto tu rządzi. Imponował mi ten gość, zapewne dlatego praktycznie przy nim nie rozmawiałem. I to jest bardzo dziwne, nie potrafiliśmy się dogadać. Tak jakbyśmy się siebie wstydzili. On robił głupie rzeczy przy mnie i na odwrót. Stresowaliśmy się siebie. Zupełnie, jakbym był z kobietą, która mi się podoba [na początku zawsze jest ta nieśmiałość]. Nie przeszło nam to do dzisiejszego dnia. Fakt, rozmawiamy normalnie, ale nigdy nie rozmawiałem z nim tak jak z Czesiem, czy Bartkiem. Mam wrażenie, że on imponował mi – był wysportowanym, BARDZO umięśnionym facetem [czasami miałem wrażenie, że za bardzo] – jest to rzecz o której zawsze Ja marzyłem. I Ja jemu – uczę się i pracuje, byłem zachwalany przez Rafała, że jestem najlepszym uczniem [nie wiem skąd on wziął takie informacje...]. Mam wrażenie, że tym jemu imponowałem i dlatego normalnie się siebie wstydziliśmy
Bartek – chłopak prawie w moim wieku. Również bardzo inteligentny. Wprowadził mnie w świat fal radiowych. Pokazał jak proste jest podsłuchiwanie policji, przechwytywanie informacji i tak dalej. Aż mam ochotę się za to nieraz zabrać, ale brakuje mi chęci i pieniędzy ;p.
Tomek, Stachelek – Ludzie, chyba się kochający. Zawsze słychać od nich było „pierdol się kutasie” „ciągnij druta fagasie” i tak dalej. Czyż oni się nie kochają? W porządku chłopaki, których za bardzo nie poznałem.
Pan Zdzisław – Ten gość również mi imponował. Koło pięćdziesiątki. Silny [zawsze zgniatał mi rękę - zawsze się tak witał, z każdym i każdy na to narzekał xD] człowiek, który zupełnie inaczej zachowywał się w pracy, a zupełnie inaczej poza nią. I to mi się podobało. W pracy był osobą trochę gapowatą, śmieszną, taki wesołek. Ale po pracy, jak widziałem go na przystanku był dojrzały, pewny siebie, poważny i tak dalej. Stal sobie ze swoją dziewczyną, która była w niego wpatrzona jak w posąg. Pan Zdzisław był przykładem prawdziwego faceta.
Pan Roman – mój brygadzista główny. On wszystkim koordynował i za wszystko odpowiadał. Nie za bardzo go lubiłem. Po pierwsze dlatego, że jako człowiek wyższy stopniem ode mnie nie powinien się mi tłumaczyć z czegokolwiek. A on często to robił. Lubił sobie wypić, za co nota bene został niedawno wyrzucony z pracy. Zupełnie inaczej zachowywał się przy swoich pracownikach, a inaczej przy pracodawcy. Byłem raz z nim u administratorów. Ten jego uśmieszek, taki… Dziwny. Jego twarz zmieniała się diametralnie przy osobie wyższego szczebla, że tak to nazwę. Nie przypasił mi.
Maniek – Pewnie go jeszcze spotkam. Mieszka tam, gdzie Zuzia się uczy – Kleczew ;p. Gość dorosły, pewny siebie. Ani go nie lubię, ani nie nie lubię. Jest mi obojętny. Mało z nim rozmawiałem. Ogólnie też jest w porządku.
Pan Sławek [Pan Ceratka] – yhm, yhm [musiałem xD]. Człowiek dość dziwy, aczkolwiek nic do niego nie mam. Ma swój sposób bycia, który nawet jeśli by mi przeszkadzał nie mam prawa go krytywkować. Sławek miał zwyczaj odchrzękiwać [yhm, yhm]. Zwyczaj ten drażnił dużą ilość osób, ale mi osobiście nie przeszkadzał. Ksywa „Pan ceratka” została nadana przez nas po tym jak zepsuła się u nas ceratka na stole. Sławek zarządził kupno nowej, jako, że nasza firma nie chciała kupić nowej. Miała być zrzutka po 5zł. Oczywiście Ja dałem, ale byłem jedną osobą z trzech, które to uczyniły. Większości ten pomysł się nie spodobał. Pan Sławek cholernie się zdenerwował i wszystkim jechał od najgorszych. I od tego czasu został Panem ceratkę. Ciekawe, czy w ogóle wie o tym, że tak go nazywaliśmy.
Nawiasem pisząc byliśmy pewni, że po odejściu Romana Pan ceratka obejmie jego stanowisko. Tak się jednak nie stało. Zdobył je Maniek. Paliwo? :>
Seweryn Rabe [Ksawier] – tak, doszliśmy do Seweryna. Cwaniaka jakich mało. Przez wielu uważany za cygana, bo zawsze potrafił zorganizować sobie kasę. A tu coś wziął, tutaj coś pożyczył [wisi mi 5zł!]. Z Sewerynem dość dobrze się znam, trochę pracowałem z nim na nastawni. Przyszedłem również za niego kiedyś do pracy [za co oczywiście mi zapłacił (trudno było wyciągnąć od niego tą kasę xD)]. Rozdrażnił mnie tym, że pożyczył kiedyś ode mnie kasę na papierosy, a następnie nie przyszedł do pracy. Słuch o nim zaginął. Nawiasem pisząc po jego odejściu zaczęły go ścigać osoby od których pożyczył pieniądze.
To chyba wszyscy z pierwszej mojej ekipy. Na czym skończyłem? Aha, nasza kanciapa. Co robiłem w pracy? Sprzątałem kotły. Podłoże, czyli podłogę ;p. Słowo sprzątanie kojarzy mi się raczej z kobietami, jednak tam kobiety by sobie nie poradziły. Przykro mi bardzo. Może zobrazuje to tak. Wychodząc do pracy zakładaliśmy kaski, nauszniki, maski przeciwpyłowe. Niedawno doszły okulary i latarki na kaski. Nie wyobrażam sobie w czymś takim kobiety, a było to konieczne. Cały pył trzeba były pozamiatać. Większe kupki zbierało się na taczkę i wywoziło w wyznaczone miejsce.
Oprócz zamiatania mieliśmy jeszcze do zrobienia poziom 9, który sprzątaliśmy dwa razy w tygodniu. Miejsce wspaniałe – bardzo wysoka temperatura. Pod koniec pracy byłem tak spocony, jakbym przebiegł 10 km ;p. Jeździliśmy tam flipperami. Coś w rodzaju kosiarki, tylko zamiast ścinania trawy, zbiera pył. Tak jak napisałem, fantastyczne miejsce.
Od stycznia doszły nowe poziomy, praktycznie wszystkie, czyli dziewięć. Doszły nowe osoby, których nie opiszę, ponieważ ich nie znam.
Zapomniałem. Napisałem, że nie wszędzie było wspaniale. Sprzątanie nastawni było drażniącą pracą. Nie lubię pracować przy innych ludziach, którzy stoją nade mną i się patrzą. Tak właśnie tam było. Pomieszczenie zamknięte, gdzie znajdowały się serwery, a w koło nich masa osób wpatrzona w ekran nie ruszały się z miejsca. Musieliśmy zamieść całą podłogę raz po raz zachęcając innych, aby się przesunęli. Poniżające. Po pewnym czasie zajęła się tym Pani sprzątaczka.
W połowie stycznia przeniosłem się na nowe miejsce. I nowe osoby. Jeśli mam być szczery, to uważam, iż większość osób tam jest… dziwna.
Wilant Krzysztof – 25 latek, z zepsutymi paznokciami. Jedna z dwóch osób, która po skończonej pracy się nie kąpała. Jak pisałem wyżej, dziwny człowiek. Po strąceniu szklanki z szafki wpadł w szał i zaczął się wydzierać, że mam pecha. Brzmiało to mniej więcej tak „Dlaczego jak zawsze kurwa muszę mieć pecha? Dlaczego kurwa Ja?! No wytłumaczcie mi dlaczego? Ja to zawsze mam pecha!” Lekko się przestraszyłem, gdy to usłyszałem, a następnie dowiedziałem się, że chodzi o zwykłą szklankę…
Wojnarowski Mariusz – Osoba jeszcze dziwniejsza niż Pan Wilant. Jeden jedyny raz pracowałem z nim w weekend i wytrzymałem zaledwie trzy godziny. Pojechałem do domu ;p. Zaczęliśmy pracować razem, co było rzecz jasna błędem. Zaproponowałem, że może podzielilibyśmy się pracą i pójdziemy na różne budynki (w mojej propozycji miałem mieć więcej pracy) – nie pomogło. Argumentacja „muszę być z Tobą, bo jak by się coś stało, to jestem potrzebny”, na pytanie co mogłoby się stać, odpowiedział „coś mogłoby się wywalić”. Ok, nie mam pytań. W ten sam dzień zadzwoniła Pani z informacją, że na którejś szatni leje się woda. Poszliśmy sprawdzić. Faktycznie, lała się. Pękła rura. Pan Wojnarowski zaczął biegać od szatni do szatni, co raz pokrzykując „co my teraz zrobimy? Nie wyrobimy się z pracą. Ci, co siedzą w biurze to mają dobrze, nie to co my”. Wreszcie zakręcił wodę. Eureka. [ten również się nie kąpie]
Działak [imienia zapomniałem] – jedna z dwóch normalnych osób w tej ekipie. Roześmiany, wesoły, pełny życia. Chce się z taką osobą pracować. Lubiłem, jak ten gość do mnie dzwonił:
- Cichocki, słucham?
- Dzień dobry Panie Cichocki
- Dzień dobry Panie Działak, co słychać?
- A dziekuję, wszystko dobrze, a jak u Pana Cichockiego?
- Wspaniale. Czym mogę pomóc?
I tak dalej. Super gość. Z każdego problemu starał się wyjść z uśmiechem. Takich ludzie powinno być więcej.
Zrąbkowski Grzegorz – Ahm. Dużo mógłbym napisać. Jednak, człowiek ten [brygadzista] starał się, aby przedłużyli mi umowę, więc jestem mu za to bardzo wdzięczny. Fakt, faktem Pan Zrąbkowski działał mi na nerwy i to bardzo. Wszystko dla niego musiało być zrobione perfekcyjnie i nie wiem ile czasu poświęciłbym na sprzątanie i tak znajdzie coś co będzie źle. Więc, syzyfowa praca ;). Człowiek ten potrafi trzymać rękę na pulsie i wszystko załatwi. Jest za wszystko odpowiedzialny i radzi sobie z tym. Tylko nie wiem czemu sapie. Każdy ma jakieś zboczenie
Jastrzębski [znowu zapomniałem imienia] – drugi normalny gość. Lubie tego Pana. Ma koło 50 lat, jest uśmiechnięty i wesoły. Taki, jak ojciec. Jest łagodny, chociaż potrafi być groźny i srogi. Ale z reguł jest super. Co tu więcej mogę napisać. Ważne dla niego jest to, abym wykonał swoją pracą. Nieważne w ile to zrobię. W godzinę, czy w cztery. Jeśli ją wykonam mogę iść do domu. Czyż to nie jest świetne?
Pokrzywa Robert – Yhm. Najchętniej zostawiłbym ta osobę bez komentarza. W przedostatni dzień trochę puściły mi nerwy i pokłóciłem się z nim. Jest to chłopak 10 lat starszy ode mnie i mający dłuższy staż pracy. Jednak nie pozwolę sobie, żeby z tego względu mi rozkazywał, mówił co mam robić, a ona sam będzie sobie siedzieć na dupie, że się tak wyrażę. Koniec pisania o Pokrzywie
Rybiński Michał – ten to w ogóle szkoda gadać. Bez komentarza.
Dlaczego na poprzednich mówiłem po imieniu, a na tych po nazwisku? Ponieważ w poprzedniej ekipie zwracaliśmy się do siebie po imieniu i to było dobre. A w tej po nazwisku i to jest złe ;). Do tego pisaliśmy durne raporty, w których uwzględnialiśmy swoje nazwiska i tak mi się je zapamiętało.
Zostały jeszcze dwie osoby.
Pluciński Marek – ciekawy gość. Potrafię z nim rozmawiać, bez obaw mogę powiedzieć na co mam ochotę, bez żadnych obaw, że zostanę źle zrozumiany. Wszystko mogę obrócić w żart. Rozumiem się z tym gościem. Dowiedziałem się o nim wiele i vice versa. Dziś umówiliśmy się na piwo ;p.
Pszenny Daniel – Ach, Daniel xD. Człowiek mający duże mniemanie o sobie. Uważa, że jest piękny i boski (a Ja taki jestem, nie on! xD). Uważa, że kobiety się za nim uganiają i może mieć każdą. Łatwo się wzrusza. I szybko przywiązuje do kobiet. Uwielbiał opowiadać mi o swoich podbojach miłosnych i seksualnych xD. A ja nie mówiąc nic wysłuchiwałem go, co jakiś czas wtrącając jakieś pytanie.
To chyba wszystko co miałem opisać. Moja pierwsza, poważna praca. Jestem z niej zadowolony.
Oglądając TVN24 naszło mnie na napisanie tego posta. Zajadając najlepszą czekoladę na świecie, która notabene nie ma nazwy [wrzuce kiedyś skan opakowanie ;p] i słuchając czegoś szajskiego, co właśnie znalazłem na komputerze zabieram się za analize.
Związek ogranicza człowieka – zacząłem od tych złych stron, aby później posłodzić tymi dobrymi. Ogranicza i to bardzo, w wielu dziedzinach życia. Gdy jesteśmy sami (czyt. nie w związku), nie ma osób w naszym otoczeniu, którzy wywierają tak duży na nas wpływ. Są znajomi, przyjaciele, koledzy, rodzina i tak dalej, jednak Ci wszyscy ludzie nie wpływają na nas w tak dużym stopniu jak partner.
I szczerze mówiąc nie mam pojęcia dlaczego tak jest. Mogę tylko domniemywać, że dzieje się tak za sprawą przywiązania… Czasami mam również wrażenie, że na partnerze zależy nam bardziej, niż na całej reszcie. Bardziej staramy się o jego względy, akceptacje. Zupełnie inaczej jest z przyjaciółmi (mógłbym teraz ponownie przytoczyć post Ikariego – przyjaźć jest uczuciem wyższym niż miłość). Czy kiedykolwiek staraliście się o przyjaciela? Przyjaciel staje się przyjacielem od tak – bez żadnego ogłaszania „od dziś jesteśmy przyjaciółmi”. Jest to taki nieformalny „związek” pomiędzy dwiema osobami (najczęściej tej samej płci?). W związku tym nie wyznajemy sobie uczucia, które nas ze sobą łączy.
W miłości jest zupełnie inaczej. O partnera się staramy, związek jest formalny i ogłaszany w TYM dniu, który staje się tym najważniejszym dniem. I w miłości wyznajemy sobie uczucia, które nas łączą.
Mógłbym jeszcze płodzić myśli i rozpisać się o „przynależności partnera do nas”, co jest rzeczą kuriozalną, jednak powszechnie (nieświadomie) uznawaną (?). Jednak moim celem w tym poście było opisanie plusów i minusów bycia singlem.
Single wydają się być bardzo atrakcyjną grupą społeczną (z punktu widzenia sposobu bycia). Robią co chcą, kiedy chcą, jak chcą i tak dalej. Nikt ich w tym nie ogranicza. Wyobraźmy sobie sytuacje, w której mężczyzna będący aktualnie w związku umawia się z inną kobietą do kina. Przed spotkaniem informuje o tym narzeczoną / żonę / dziewczynę. Zakładamy, że narzeczona / żona / dziewczyna tej kobiety nie zna, a także sam mężczyzna poznał ja niedawno. Mniemam, że 90% kobiet zareagowałaby na tą informacją negatywnie. Z mężczyznami w zasadzie byłoby tak samo. Prosty przykład przynależności.
Jak już wspomniałem kobiecie ten pomysł się nie spodobał i stanowczo nalega, aby jej mąż / narzeczony / chłopak nie szedł do kina. Krótko mówiąc, w dużym stopniu ogranicza jego kontakty towarzyskie. Single nie mają takich probemów. Sytuacji takich jest mnogo. Można zaryzykowac stwierdzenie, że związek to ciąg niekończących się kompromisów.
Wyżej napisałem, że „Single wydają się być bardzo atrakcyjną grupą społeczną”. Z pozoru może i tak to wygląda, jednak jeśli spojrzeć głębiej okaże się, że samotne zasypianie i budzenie się jest nieciekawe. Brak świadomości, że jest na świecie taka osoba, która pewnego dnia mnie spotkała i pokochała również. Fantastycznie jest odebrać sms’a, czy telefon i usłyszeć / przeczytać pytanie „co słychac kochanie?”
Wszystko ma swojego dobre i złe strony. Trzeba tylko potrafić sobie powiedzieć, czego tak naprawdę chcemy.
Od ostatniego posta o Zuzi wiele się wydarzyło. Chodzimy na przykład na
kurs tańca. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy. I tu problem: chyba za blisko
siebie jesteśmy. Dzisiaj miałem sen – Zuzia całowała się z jakimś gościem,
wstałem wściekły. Napisała mi teraz sms’a, że jest z jakimś Krzychem SAMA w
lesie. Co mogę sobie pomyśleć?
Zbierają grzyby. Chciałem dziś powiedzieć Zuzi o śnie, powiedzieć, że czuje
do niej coś więcej i w końcu ja pocałować, jednak ona chce się spotkać
dopiero za tydzień. Idąc ulicą czuje jej zapach, szukam go. Nie mogę
wytrzymać.
2007-09-21 21:42:32
Nie mogę nie napisać tego posta. Znamy się z Zuzią trzy miesiące? Nie jest
to długi okres. Dla mnie jednak wystarczający, aby w kimś się zadurzyć.
Zauroczyłem się Zuzą. Tylko to stopniowo zaczyna się psuć. A żeby mnie
potem tak bardzo nie bolało to rozstanie próbuje uświadamiać sobie ta myśl,
że kiedyś się to skończy.
Może to przez to, że wczoraj zaciągnąłem się jeden raz marihuaną?
Otworzyłem wczoraj okno i zobaczyłem na parapecie lufkę nabita marihuaną.
Chciałem tylko sprawdzić, czy to na pewno to i zaciągnąłem się (a może
również chciałem znów poczuć jak to smakuje i jak wspaniale działa?).
Polepszył mi się humor, jednak dzisiaj przyszedł negatywny skutek palenia -
agresja spowodowana brakiem specyfiku. Po jednym sms’ie Zuzi napisałem jej
„Drażnią mnie dzisiaj Twoje sms’y. Bez odbioru.” Może trochę przesadziłem,
ale byłem po prostu bardzo zły. Wszystko mnie dosłownie drażniło. I nadal
mnie drażni. Od tamtego czasu wysłałem Zuzi sms’a, puściłem strzałkę – zero
odzewu. Przed chwilą napisałem do niej na GG „sorry, jestem zajęta, pa”. To
również mnie drażni.
Drażni mnie jej amant, z którym chodzi do szkoły, który się do niej podwala,
dosyć okazale (przytula ją i tym podobne). A Zuzia oczywiście o tym
wszystkim mi piszę, a potem dziwi się, że jestem lekko rozdrażniony. Mało
tego, chciałem pogadać z tym gościem. Pojechałem do niej do szkoły
Jest sens, żebyśmy jutro się spotykali? Po godzinie rozmowy z Zuzią nadal
nie wiem. Nie podoba mi się.
2007-11-14 15:39:29
Dostałem dziś sms’a od Zuzi z informacją, iż podszedł ktoś do niej, kto
chciał jej zrobić zdjęcie ponieważ „jest śliczna” – to cytat. Przed chwilą
się nad tym trochę zastanowiłem. Czy na prawdę mogę cały czas być z Zuzią
mając świadomość, że któregoś dnia może spotkać kogoś kto będzie uważał, że
jest piękna, śliczna i tak dalej? Jeśli będę robił to co robię do tej pory
pozbawię ich oboje (Zuzią i tego chłopaka) szczęśliwego bytu. Czyż nie?
Dodajmy do tego jeszcze opis dnia dzisiejszego. W pracy jak to w pracy, na
początku było nieźle. Popsuło się popołudniu kiedy to poprosiłem Rafała, aby
poszedł ze mną po ubrania robocze. Zwlekał i zwlekał, dlatego uznałem, że
należy iść samemu (ok, nie musiałem przy tym uderzać drzwiami.). Szukałem
tego miejsca ok. 40 min. Trochę nie dobrze, w tym czasie powinienem
pracować. Gdy wychodziłem z pracy, koledzy postanowili zrobić mi psikusa i
schowali mi koszule do lodówki. To jeszcze bardziej mnie zdenerwowało.
Wyszedłem mówiąc „ale Wam się kurwa nudzi”.
Bym zapomniał. Mysz dzisiaj spotkałem. Wybiegła a naszej szatni. Chciałem
ją uratować i przenieść na dwór. Jedna zaraz dobiegł do niej Dziadek -
kumpel z pracy i… zdepnął ją. Myszce rozwaliła się głowa, miotała się
jeszcze chwila na podłodze. Humor poprawił mi się dopiero kiedy w szkole
koledzy próbowali zabić muchę. Mucha uratowana – tu mi się udało. Została
wypuszczona przez okno