Cześć! Nazywam się Michał Cichocki, pochodzę z Konina, niewielkiej miejscowości w Wielkopolsce. Moją pasją są komputery, Internet i nowości technologiczne. Prowadzę bloga od połowy 2006 roku prezentując na nim moje codzienne życie. Chcesz wiedzieć więcej? Zapraszam na podstronę o mnie, a także do archiwum.
Wczoraj u Zuzi było fajnie. Wspaniale. Dzisiaj po przeczytaniu jej posta na blogu jest fatalnie. Trochę kiepsko, że moje samopoczucie w niektórych momentach jest zależne od jej postów na blogu, a dokładnie pisząc, od opisu jej przeżyć.
Zuzia dokładnie wie, że Przemek, kolega, który zawsze odprowadza ją na przystanek i zaleca się do niej wywołuje u mnie zazdrość. Ona dokładnie o tym wie. A dziś czytam:
Np. Wczoraj. Stałam na przystanku z kumplem [Przemek - pozdrowienia, tak jak chciałeś :*], z którym stoję praktycznie codziennie. No i co…zagadaliśmy się troszkę, podjechał autobus, a nasza roześmiana dwójka, nawet nie patrząc na tabliczkę z kierunkiem jazdy, wpakowała się do jego wnętrza.
Nawet teraz czytając te słowa szlag mnie trafia :). Jestem przekonany iż Zuza napisała to specjalnie, aby mi dogryźć po niedawnym fatalnym spotkaniu. Byłem zły, ukradli mi 20zł w pracy, pojawiła się Zuza, z którą nie rozmawiałem. A w zasadzie można o tym przeczytać w poście poprzednim. Ogólnie rzecz biorąc Zuzia specjalnie chciała wywołać u mnie złość. Czy to nie jest… jakby to nazwać… złe?
Wracając do głównego tematu. Zuzia nie jest dla mnie? Ze spotkań z nią wracam zdołowany, pogrążony w myślach (ponurych) i bez życia. Na następny dzień jestem zadowolony, że spędzę czas bez niej. To straszne, prawda? Jednak bardzo często występują takie zjawiska, gdzie Zuzi bardzo mi brakuje i myślę tylko kiedy ją spotkam, dotknę i przytulę. Dziwne. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.
Miałem wrócić do głównego wątku. Chciałem napisać mój ideał kobiety. Nie chodzi może o ideał jej, tylko idealny związek. Oparty na wzajemnym zrozumieniu i uzupełnianiu się. Już tłumacze. Nie chcę przed moją partnerką mieć żadnych zahamowań. A może sam je tworze i nigdy nie znajdę takiej przed którą nie będę potrafił do końca się otworzyć? Głupi przykład:
Idę z bratem do Billi, w portfelu mam 1,20zł. Chodzimy po całym wielkim sklepie, aby kupić COŚ xD. Nie wiem co, idziemy coś kupić. Michał, a może to? Pyta się Przemek. Na to nas nie stać idioto! Odpowiada Michał. Brak krępacji. Czy takie zdanie mógłbym powiedzieć Zuzi? Czy mógłbym w ogóle wejść z nią do sklepu ze złotówką i chodzić po całym, aby znaleźć cokolwiek?
Z bratem było fajnie, znalazłem w końcu batona, który kosztował 0,99zł i był podzielony na cztery części! Czyż to nie wspaniałe?! I w miłej atmosferze go zjedliśmy xD. Gdybym w takiej sytuacji znalazł się z Zuzią, czułbym się głupio, że nie moge zabrać jej na kolacje przy świecach, w jakiejś dobrej restauracji. Ot co.
Chcę, aby nasz związek (ten genialny) był oparty na przyjaźni. Chcę mieć kobietę, która będę lubił. Uwielbiał jej głos, jej problemy, uwielbiał z nią rozmawiać i spędzać czas.Czy mogę do Zuzi zadzwonić i zacząć rozmowę o niczym? Nie. Nie mamy o czym rozmawiać. Mam wrażenie, że nasze spotkania polegają tylko na trzymaniu się za ręce i przytulaniu. Nie chcę tak. Któregoś dnia chce zadzwonić sobie do mojej kobiety i spytać co u niej, co robi i niech ta rozmowa trwa pół godziny, niech usta nam się nie zamykają, niech od jednego tematu powstaje następny. Ostatnio dokładnie tak samo wyglądała moja rozmowa z Mileną. Zadzwoniłem praktycznie z niczym, nie miałem żadnej konkretnej sprawy, zadzwoniłem z nudów, żeby pogadać. I co? Rozmawialiśmy całe 10 minut bez żadnej krępacji, bez stresów – co teraz powiedzieć?
Więc tak, idealny związek musi bazować na przyjaźni, pełnym zrozumieniu… Do tego dochodzi jeszcze intymność. Właśnie zabieram się za opis.
Co to jest intymność? Prywatność, ktoś może sobie tak to tłumaczyć. Jednak dla niektórych (np. dla kobiety) intymność to wstanie rano z łóżka i pokazanie się w takim stanie (jak to brzmi, prawda?) – nieumalowaną, nieuczesaną i zaspaną facetowi. Intymność mnie samemu również kojarzy się z nagością. Czyli jeśli kobieta przy mnie nie będzie czuła się skrępowana będąc naga (i vice versa) to będzie idealnie. Jak teraz to podsumować.
Idealny związek musi bazować na przyjaźni, pełnym zrozumieniu, braku krępacji, stuprocentowemu zaufaniu… Ach, bym zapomniał, związek nie może przekreślać moich planów. Jedno nie może przeszkadzać drugiemu.
Gdy na horyzoncie pojawiała się potencjalna kandydatka na partnerkę poświęcałem wszystko, aby włożyć w tą znajomość jak najwięcej. Gdy wieczorem miałem do odrobienia lekcje na jutro rano, a potencjalna partnerka chciała sie spotkać, wybierałem ją. Gdy miałem do wyboru opłacić domenę, z która żyłem cały rok i wyjście z kandydatką do kina, wybierałem kino. Znajomość z kandydatką na partnerkę zawsze przekreślała (to znaczy, JA PRZEKREŚLAŁEM świadomie, czy też nie) moje plany, zainteresowania i tak dalej.
Ok, już chyba ostatni raz. Idealny związek musi bazować na przyjaźni, pełnym zrozumieniu, braku krępacji, stuprocentowemu zaufaniu. Związek nie może przeszkadzać w samorealizacji, w kształceniu się i spełnianiu własnych marzeń. Rzeczą jeszcze idealniejszą (tak idealną, że aż trudną do wyobrażenia) jest związek, który nie tyle nie przeszkadza w samorealizacji, lecz pomaga w spełnianiu marzeń.
Tak, to właśnie to. To jest idealny związek.
Wstałem rano do pracy o 4 i zacząłem namawiać mamę, aby pożyczyła mi 25zł na kino. Powiedziała, że to jej ostatnie pieniądze (zawsze tak mówi) i mi nie da. Po chwili jednak się ugięła i dostałem fundusze. Oczywiście jak zawsze czułem się głupio, ale mniejsza o to, już niedługo będę miał własną wypłatę. Lekko ponury pojechałem do pracy. Wracając z niej (przed godziną 12) byłem w lepszym humorze. Jednak gdy okazało się, że w portfelu brak 25zł (zostało tylko 2…) załapałem doła.
Poszedłem do brygadzisty i opowiedziałem jak się sprawy mają. Obiecał podjąć jakieś działania. Się zobaczy w poniedziałek. Na początku, gdy zaczynałem pracować obiecał mi, że nic mi z szafki nie zginie i mogę bez obaw zostawiać tam nawet pieniądze, jak widać jest inaczej. Fajnie będzie, gdy będę szedł do pracy i wiem, że jakiś „kolega”, z którym zapewne będę niejednokrotnie rozmawiał ukradł mi kasę ;). Świetnie.
Dopisane następnego dnia: Wczoraj pisałem posta będąc w szkole, nie mogłem się skupić. Dopisze całą resztą. Wczoraj poszedłem do pracy w kiepskim humorze, w pracy mi się on poprawił i był w stanie dobrym. Do czasu, gdy nastała chwila przerwy i pokłóciłem się z ludźmi o głupie ciastka… Mamy w grupie jednego gościa, który od jakiegoś czasu kupował ciastka. Cóż, dziany gość. Dzisiaj powiedział, że kogo innego kolej kupowania ciastek. Kupił sobie z Rafałem całą torbę i jeden z nic zarzucił takie zdanie: Kupiliśmy je specjalnie, żeby zrobić Wam gula, teraz Wasza kolej na kupowanie ciastek. W przebieralni poczęstował nas, jednak ani Tomek, ani Ja ciastka nie wzięliśmy. Padło stwierdzenie, że zarzuciliśmy focha.
„Nie chce tego ciastka. Ja Wam ciastek nie kupie, bo mi szkoda na to kasy”. Byłem zły jak nie wiem co. Dzień mijał paskudnie. Gdy o 11.30 poszedłem się przebrać okazało się, że w portfelu nie mam 23zł. Ktoś zostawił mi tylko dwa. Będąc w połowie drogi na przystanek wróciłem się do brygadzisty i opowiedziałem co się stało. Powiedział, że to zgłosi.
Spóźniłem się na autobus, więc musiałem iść pieszo. Jedna miła sytuacja spotkała mnie wczoraj – idąc tą polną i błotnistą drogą przystanął obok mnie jeden gość i podwiózł do skrzyżowania (z km drogi). Potem było tylko gorzej. Poszedłem do szkoły, w której byłem okropnie zły i wszystko mnie drażniło. Ok, napisałem dwa sprawdziany raczej dobrze, ale oprócz tego nic dobrego. Po szkole spotkałem się z Zuzią. Spotkanie to wyszło gorzej niż fatalnie. Posiedziałem u niej w domu, wyszliśmy na dwór i cisza. Nie rozmawialiśmy. Zuzia stwierdziła, że odprowadzi mnie na przystanek, na co przystałem. Specjalnie podeszła do ulotki zawieszonej na budynku, abym do niej przyszedł i ją przytulił (zawsze tak robie), ale dziś stała tam sama. Po przyjściu spytała się, czy jeśli pójdzie do domu to się obrażę. „Nie, nie obrażę się, na razie”. I to by było na tyle.
A w poniedziałek idę do pracy. Nie zamierzam z niej się zwolnić. Mam gdzieś, że będę pracował z gościem, który ukradł mi pieniądze. I nie obchodzi mnie również to, że połowa ekipy będzie na mnie krzywo patrzeć, bo nie kupie im ciastek.
Jeśli ktoś kiedyś będzie czytał te wszystkie posty z działu blogasek w końcu trafi na ten i dowie się, że moje marzenia się spełniły.
Pamiętacie te posty, w których narzekałem, że mam za wiele wolnego czasu. Jak zazdroszczę ludziom, którzy chodzą do szkoły, mają zajęty cały dzień. A Ja siedzę w domu cały czas i nic nie robię? Jak chciałbym rano pracować, potem chodzić do szkoły i wracać do domu późnym wieczorem? Weekendy mieć zajęte? To właśnie się spełniło. Chodzę do szkoły, pracuje, weekendy mam zajęte.
W tygodniu wstaje o 4.20. Jem śniadanie, myje się i przed piątą wychodzę na autobus. Na szóstą jestem w elektrowni Pątnów. O 14 wychodzę z pracy i jadę prosto do szkoły. Tam jestem do 19 – 20. W domu jestem najczęściej na dwudziestą, nieraz na 21. Kolacja, krótkie lekcje i pora iść spać. Za 6 godzin trzeba wstać do pracy.
W weekendy mam więcej wolnego czasu, ale nie mam go aż tyle, abym się nudził. Odrabiam wszystkie lekcje z całego tygodnia. Od czasu do czasu chodzę na siłownie (regularnie będę chodził gdy dostane pierwszą wypłatę :). Do tego dojdą również lekcje angielskiego, na które obowiązkowo będę musiał się zapisać i prawdopodobnie kurs tańca, z którego ostatnio musiałem zrezygnować z powodu braku gotówki. Ale teraz będzie inaczej – pracuje i sam będę płacić za swoje kursy. Dzwoniłem już do gościa, który oznajmił, że nie ma żadnego problemu – możemy z Zuzią dojść do grupy, gdy ta będzie na odpowiednim szczeblu zaawansowania.
Czyż to nie jest piękne? Cały dzień zajęty. Nie mam czasu się nudzić. Ba, czasu nieraz mam za mało. Wszystko tak pięknie się ułożyło. Chodzę do szkoły, kumpli mam super. Dogaduje się z nimi. Moja dawna fobia społeczna odeszła w zapomnienie. To było takie proste – wystarczyło wyjść do ludzi. Gdy spojrzę na siebie teraz i pomyśle co było zaledwie pół roku temu to uwierzyć nie mogę.
Co do pracy. Ogłoszenia zobaczyłem na stronie internetowej konina. Zaraz zadzwoniłem i uzyskałem szczegóły. Pojechałem, zostawiłem podanie o pracę i na drugi dzień [gdy byłem na siłowni] gość do mnie zadzwonił, że jestem przyjęty. Stresik mały był. Okazało się, że wszyscy są w porządku. Sell, cały szef pozwolił mi kończyć w pon. godzinę wcześniej, we wtorki i środy dwie godziny wcześniej, abym był na wszystkich lekcjach. I tak w tygodniu muszę cztery opuścić, ale mam nadzieje, że to nie stworzy dużego problemu. Porozmawiałem już z wychowawcą i z nauczycielami, na których lekcjach nie będę. Wszyscy, oprócz jednej Pani od angielskiego nie mieli nic przeciwko.
Wszystko będzie dobrze, dopóki nie zacznę zawalać szkoły, a do tego dopuścić nie mogę. Jak na razie oceny mam dobre i jestem z nich zadowolony. Mam nadzieje, że tak też zostanie.
Poruszę jeszcze temat Zuzi. Psuje się na całej linii. Nie wychodzi coś. Nie rozumiemy się. Gdy do niej idę nie czuje radości, tylko strach, znużenie, tracę dobre samopoczucie. Tak być nie powinno. Wszystko jest takie sztuczne i nienaturalne. Czasami wstaje rano i myślę tylko o niej. Kiedy ją zobaczę dotknę, przytulę. Jednak to mija gdy do niej jadę, pojęcia nie mam dlaczego. Czasami na naszych spotkaniach jest tak okropnie, że to w głowie się nie mieści. Czuje się [czasami] w jej towarzystwie sztywno, niedobrze i głupio. Nie, nie wiem dlaczego.
Przestać się z nią spotykać? Powiedzieć „Zuzia, nie spotykajmy się już, ok?” A może nic nie mówić, tylko zacząć to robić? W sobotę zamiast do niej iść, powiedzieć, że nie mam czasu? Zranię ją. Cały czas myślę nad jakimś sposobem na powiedzenie tego, ale nie mam pojęcia jak. A im dłużej myślę tym bardziej to ją będzie boleć. Dylemat, którego nie potrafię rozwiązać.
To tyle jeśli chodzi o ostatnie wydarzenia z mojego życia.
Towarzysz pestka zawitał u mnie dziś. Brudny, śmierdzący i wychudzony, ale uroczy. Jak tylko go ujrzałem zaraz musiałem się nim zająć. Więc wziąłem lekkiego Towarzysza pestke na rękę i wnet postanowiłem, że zostaje ze mną.
A teraz do rzeczy. Towarzysz pestka to kot, który szwendał się ze swoją, bodajże siostrą po elektrowni, gdzie wszędzie jest pełno pyłu i kurzu. Z opowiadań jednego Pana dowiedziałem się, że ich matka zginęła pod kołami samochodu. W takich warunkach, bez opieki koty te zginęłyby najdalej za tydzień.
Towarzysz pestka już na samym początku znajomości przysporzył mi kłopotów – spóźnienie na język Polski, wstyd w autobusie (kiedy to zachciało mu się wyjść z kartonu i wskrobać się na fotel), nie licząc już reakcji mamy, którą notabene dopiero zobaczę za sześć godzin.
Szkoda mi trochę drugiego kota, który… spadł, gdy próbowałem go złapać. Wysokość może nie była duża – ok. 3 metrów, jednak sam fakt, że spadł i pomimo wysiłków mojego kolegi nie dał się złapać. Zostanie w elektrowni.
Teraz tylko wypada przyzwyczaić mojego kitusa do nowego gościa.