Cześć! Nazywam się Michał Cichocki, pochodzę z Konina, niewielkiej miejscowości w Wielkopolsce. Moją pasją są komputery, Internet i nowości technologiczne. Prowadzę bloga od połowy 2006 roku prezentując na nim moje codzienne życie. Chcesz wiedzieć więcej? Zapraszam na podstronę o mnie, a także do archiwum.
Pierwszoklasiści zazwyczaj zaczynają szkołę z obawami (w większości przypadków), które w zdecydowanej większości nie mają pokrycia z rzeczywistością. Obawy takie są normalne i wytłumaczalne. Młodzi ludzie boją się tego, jak wypadną przed liczną grupą nastolatków, czy zostaną przez nich zaakceptowani i tak dalej. Noturalna sprawa.
Ludzie znani są z tego, że w zasadzie martwią się o siebie (a z kolei ten wątek ma związek z dzisiejszą lekcją Przysposobienia obronnego, na której pan Paździoch przedstawiał nam przykłady nieczułych ludzi, o których może napisze w kolejnym poście). W szkole nasze myśli krążą wokół tego jak my się czujemy, co nas dręczy i jak odbieramy różne sytuacje. Cała reszta raczej nas nie interesuje, a przynajmniej nie zagłębiamy się dalej w to zagadnienie, ponieważ wychodzimy z założenia, że każdy musi radzić sobie sam (nam również nikt nie pomaga – o! Ten wątek ma związek z lekcją polskiego, na której o tym właśnie pisaliśmy [czy warto pomagać]. Ostatnio żyję samą szkołą…).
Zastanawialiście się kiedyś nad nauczycielami? W czasie lekcji jest to osoba najważniejsza w klasie (no, powiedzmy, że w teorii tak jest) i to on/ona przewodniczy. Nierzadko zdarzają się nauczycielki młode, które nie mają długiego stażu w nauczaniu, albo pierwszy rok są w danej szkole i rzucane są na głęboką wodę – dostają klasę z 30 facetami, którym, jakby nie patrzeć hormony szaleją.
Kobieta, która jest niewiele starsza od nas musi trzymać dystans i jakoś odpowiadać na zaczepki chłopców (w stylu – a lekcje indywidualne Pani również przeprowadza, kawa i te sprawy), aby zachować twarz. W zasadzie takie lekko zawadiackie zachowanie jest miłe i tworzy przyjemną i rozluźnioną atmosferę w klasie. Problemy zaczynają się tworzyć wtedy, gdy młoda Pani profesor kompletnie nie wie co powiedzieć i nieśmiało się uśmiecha.
Zupełnie inaczej sytuacja wygląda ze „starymi” (w sensie stażu) nauczycielami, którzy nie bardzo wiedzą o czym mówić, na trzech godzinach (ile można gadać o sprawach organizacyjnych?). Nie mogę oni przeprowadzić żadnej lekcji, ponieważ sale komputerowe zajęte – została więc rozmowa. Właśnie rozmowa. Gdyby to był dialog to mogłoby być przyjemnie, gorzej jeśli rozmowa zamienia się w trzygodzinny monolog.
Nie wiedzieć czemu, ale w takich przypadkach cała klasa milczy (zupełnie nieczuła na wysiłek, jaki wkłada osoba, aby nie doprowadzić do zjawiska zwanego ciszą). Ja sam nie jestem zbyt rozmowną osobą, jednak w takich sytuacjach staram się przeprowadzić coś w stylu dialogu, zadając jakieś pytania.
Tak piszę o obawach, lękach uczniów i problemach nauczycieli, jednak patrząc na to z zupełnie innej strony, taki lekki stresik wszystkim zawsze na dobre wychodzi. Zgodnie z moją teorią – dzięki gorszym chwilom istnieją te lepsze.
A jeśli już jestem przy temacie szkoły to napisze moje wrażenie z pierwszych dni. Chyba pierwszy raz poszedłem do szkoły bez większego stresu, pojęcia nie mam czemu nie odczuwałem panicznego lęku przed trzydziestką nowych osób, z którymi spędzę kolejne cztery lata. Wszyscy okazali się zupełnie w porządku. Nie spotkałem się jeszcze z taką osobą, którą bardzo krytycznie oceniłem (ale mam jeszcze czas ;p). Nauczyciele też niczego sobie, poza małymi wyjątkami wszyscy w porządku. Wychodzę z założenia, że w zasadzie to często my jesteśmy nie w porządku, a nie oni. Mógłbym rozpisywać się kto i dlaczego przypadł mi do gustu, ale mam wrażenie, że na razie tyle wystarczy. Miłej nauki ;).
Jest coraz bliżej, już prawie zaciska palce na moim gardle. Kilka dni temu, gdy wyszedłem późnym wieczorem, albo wczesnym rankiem na dwór poczułem… właśnie co? Powietrze ma zupełnie inny zapach, taki zimny, straszny. Powietrze zupełnie inaczej pachnie w lato i w zimę. Zupełnie inaczej.
Teraz czuje to dokładnie. Gdy wychodzę na dwór (wieczorem, albo rano – tylko wtedy) czuje to powietrze i jestem przygnębiony. Czegoś się obawiam. Kiedyś uwielbiałem zimę, a nienawidziłem lata. Nie lubiłem słońca – ukrywałem się przed nim. W zimę chodziłem w bluzie z kapturem (nie miałem wtedy innych bluz, każda musiała mieć kaptur) zaciągniętym na głowę. W lato również nosiłem bluzę z kapturem, który zaciągałem na głowę… Nawet gdy szedłem z matką przez miasto miałem kaptur. Cholernie dziwne, prawda? To była moja większa depresja. Dlatego tak bardzo lubiłem zimę – wtedy było ciemno, ponuro, szaro.
Teraz tak nie jest. Uwielbiam słońce. Lubie chodzić w swobodnych ciuchach, ciesze się ze słońca, wywołuje ono u mnie radość. W zimę będzie inaczej. Brak słońca, ponuro i szaro. Nie podoba mi się. Zima ma swój urok, ale zupełnie inaczej jest w lato. I do tego nowa szkoła. W ogóle nie pisałem o szkole?
Za dwa dni idę na rozpoczęcie roku. Czuje strach przed nowymi KOLEGAMI? Bo tylko koledzy będą (i chyba jedna koleżanka). Nie czuje strachu. Dlaczego go nie czuje? Kiedyś obawiałem się nowych znajomości, do tego jeszcze w tak licznym gronie, a teraz… Hmm, powinienem się bać. Nauczony doświadczeniami z przeszłości powinienem się cholernie bać. Ale się nie boję. Aktualnie wisi i powiewa mi to, co oni sobie o mnie pomyślą. Byłoby miło, gdybym się z nimi zakumplował, jeśli jednak mi to nie wyjdzie. Cóż, zdarza się – będę samotnym wilkiem. Postanowiłem sobie, że przejdę tą szkołę. Sam ją sobie wybrałem i chcę ją zdać, ze wspaniałymi ocenami. Właśnie tak.