Cześć! Nazywam się Michał Cichocki, pochodzę z Konina, niewielkiej miejscowości w Wielkopolsce. Moją pasją są komputery, Internet i nowości technologiczne. Prowadzę bloga od połowy 2006 roku prezentując na nim moje codzienne życie. Chcesz wiedzieć więcej? Zapraszam na podstronę o mnie, a także do archiwum.
Pojęcia nie mam. Przypominam sobie opis Mileny sprzed jakiegoś czasu: Nie całuj, jeśli nie kochasz. Ciekawe i mądre. Znajomość z Zuzą rozwija się i brnie w ciekawym i dość miłym kierunku. Nie potrafię się powstrzymać i brnę w to dalej – TO mi się podoba.
Dzisiaj spotkałem się z Zuzą, kupiłem jej kwiatka i zaprosiłem na lody. Do Pałacyku, małej restauracji w centrum. Wszystko odbyło się bajecznie. Na początku podszedłem do niej, gdy stała tyłem, objąłem ramieniem i powiedziałem, że jest za prędka (za szybko przyszła xD), następnie odwróciła się i dałem jej kwiatka, z którego bardzo się ucieszyła. Udaliśmy się do Pałacyku, gdzie ładnie i elegancko odsunąłem krzesło na którym ona usiadła (przy tym usłyszałem: Jaki Ty jesteś miły). Zamówiliśmy sobie lody i pogrążyliśmy się w rozmowie.
Później udaliśmy się na ławkę – siedzieliśmy tak.. normalnie, rozmowa nawet się nie kleiła. Myślałem tylko o tym, żeby wreszcie się do niej zbliżyć i objąć ją ramieniem. Ach, jak się ucieszyłem, gdy Zuza się obróciła, spojrzała na zegarek i dokładnie to samo zrobiłem Ja, dzięki czemu moja ręka powędrowała dokładnie tam gdzie chciałem (taki naturalny odruch) i teraz siedzieliśmy już „przytuleni”. Rozmowa ładnie się rozwinęła, niestety po godzinie spotkanie dobiegło końca. Odprowadziłem Zuzię do domu i… koniec na dziś.
Zastanawiam się. Nad czym? Przed chwilą wiedziałem co chce napisać. Znajomość z Zuzą chyba traktuje jako swoistą przygodę wakacyjną, która nawet mogłaby potrwać przez rok szkolny – nie przeszkadzałoby mi to. Nie traktuje jej jako partnerki… życiowej. Jest mi wspaniale gdy siedzimy razem, Ja obejmuje ją ramieniem, gdy rozmawiamy, śmiejemy się. Jest cudowna. Ale bawię się nią. Bawię się jej uczuciami… Przerwać to? Skądże znowu.
A teraz z innej beczki. Idąc dzisiaj ulicą spostrzegłem dziewczynę (ulotkarkę), która się do mnie uśmiechała. Uśmiechnąłem się również do niej i powiedziałem „cześć”. Miałem wrażenie, że to Malwina – koleżanka z klasy. Wszedłem do kwiaciarni, a gdy z niej wyszedłem podszedłem do tej dziewczyny i rzuciłem:
- Cześć. Sorry, nie poznałem Cię… [zonk.]
- Ja Ciebie też nie. A my się w ogóle znamy?
- Ach, przepraszam, myślałem, że jesteś Malwina *xD*. Na razie
- No, na razie
Potem natrafiłem na nią jeszcze raz, gdy szedłem na autobus. Uśmiechnąłem się do niej i powiedziałem, że często się spotykamy. Przytaknęła mi. Nawet chciałem zapytać się jej o imię. Może trochę i poznałbym ją – zdobył numer telefonu i zaczął nową znajomość? ;p
Przed chwilą zakończyłem rozmowę (nawet długą) z Zuzą, na GG. Było miło, ale nie o tym chciałem. Miałem ochotę przyjść tu dzisiaj (godzina 21) i napisać posta o niczym. Związanego z nicością. Zalogowałem się jednak na GG i dopadła mnie Zuza, Milena i Magda, a potem jeszcze Kliczek. Powyganiałem wszystkie panie i jednego pana i została Zuza, z która pisałem i pisałem. Fajnie się nam pisało. Zuza w ogóle jest fajna. Ale znowu nie piszę na temat, miało nie być o Zuzi!
Szedłem wieczorem tutaj i naszło mnie dziwne uczucie – zbliża się zima. Jest zimno, cholernie zimno. Dawno nie było tak zimno. I boli mnie kręgosłup (nie krzyż… ;p), a to oznacza jedno: zbliża się zima. Chciałoby się zacząć teraz temat Zuza. Będzie zima, z Zuzą spotykam się na razie tylko na powietrzu, nieraz tylko wpadamy gdzieś tam – do kina, czy na bilarda, ale to okazjonalnie. Najczęściej jesteśmy na powietrzu, bo przecież i ciepło jest. Ale nie miało być o Zuzi!
Chociaż nie, jedna mała wzmianka jeszcze o jej operacji. Zuza miała operacje, ale chyba już o tym pisałem. Wczoraj napisała mi esemesa zaraz po przebudzeniu, że bardzo się boi, nie czuje nóg i nie może wstać, żeby wezwać pomocy. Na początku chciałem ją pocieszyć i napisać, że niedługo powinien do niej przyjść, jednak później naszła mnie ochota zrobienia czegoś więcej. Napisałem, żeby podała nazwę szpitala, w jakim się znajduje, na jakim oddziale i żeby przypomniała mi swoje nazwisko. Chciałem lecieć do domu, znaleźć numer telefonu do szpitala w internecie i zadzwonić tam, że Zuza [nazwisko] leżąca na oddziale tym i tym właśnie się przebudziła i strasznie się boi, więc niech ktoś z łaski swojej ruszy się do niej i powie jej miłe słowo! Okazało się jednak, że te dwa przerażające esemesy dotarły do mnie po 10 minutach od ich wysłania. I po tym jak byłem w drodze do domu okazało się, że wszystko ok – lekarz się zjawił.
Starczy o Zuzi? Chciałoby się napisać więcej, ale starczy. Poświęćmy część tego posta na… szkołę, znajomych, wrogów?
Szkoła
Nie mam książek, zeszytów, przyborów, plecaka. Nie mam niczego. Nie wiem za co sobie cokolwiek kupie, za pięć dni początek roku, a nic nie wskazuje na to, żeby pieniądze z nieba sie posypały :). Miałem chęć zbierać na torbę. Niby zbierałem. Przez dwa miesiące uzbierałem 300zł i gdzie się te pieniądze podziały?! Niby można by tu zacząć temat Zuzy xD. Częściej pisze (chyba z 30-40 sms’ów dziennie). Niby więcej wydaje pieniędzy, ale żeby aż tak? Nie wiem, pojęcia nie mam gdzie je mam… Nie zniknęły przecież. A dokładnie udokumentowane mam, że je miałem, wyciągałem w bankomatu i… wydałem. Tylko na co?
Znaj… Wrogowie ;)
Pisałem gdzieś, że jestem mściwy? Pisałem. Mój wróg. Pan A.L A raczej cała jego rodzina. Może nie powinienem tak mówić o najlepszym kumplu, którego znam od… *tłumaczy się jak dziecko* Ogólnie chodzi o to, że rozdrażnił mnie jakiś czas temu. Wyciągnąłem więc asa z rękawa i niedawno do jego domu w… Nie powinienem o tym pisać ;). Teraz załapałem. Będę wiedziałem o co chodzi. Albo dopisze to kiedyś, później, jak będzie po wszystkim.
No i ta cholerna zima.
Tak, ostatnio pisałem o Zuzi, prawda? Że coś tam jest niby między nami, ale nie jestem pewien, czy chciałbym, żeby z tego coś wyszło. Mam wrażenie, że jednak coś wyszło. Wczoraj spotkaliśmy się o 15.30. Połaziliśmy, pogadaliśmy, a następnie udaliśmy się na festyn… na którym zostaliśmy do 23.30. Widzieliśmy się całe osiem godzin (jak na razie najdłuższe nasze spotkanie), na którym trochę się wydarzyło. Po pierwsze byliśmy bardzo blisko siebie, jak nigdy dotąd. Na początku, gdy czytaliśmy jakąś gazetę (ogłoszeniak) na jakimś murku byłem blisko niej, właściwie prawie obejmowałem ja ramieniem (jak można prawie obejmować dziewczynę ramieniem? *xD* Nie będę tego tłumaczył). Potem poszliśmy na ten koncert Hey, na którym również byliśmy bardzo blisko siebie, kilka razy nawet objąłem ją ramieniem. Gdy chodziliśmy między ludźmi (a tłok był przeogromny) Zuza trzymała mnie za rękę, aby się nie zgubić. A gdy już o prawie północy wracaliśmy do domy z całą gromadką (mama, siostra i koleżanka Zuzy) trzymaliśmy się za ręce.
W zasadzie można uznać to za COŚ? Fajnie tak było siedzieć z Zuzą wtuloną we mnie i oglądać sztuczne ognie na zakończenie festynu, gdy na niebie widniał księżyc w pełni (ha, jaki szczęśliwy traf, co nie?). Może później było trochę gorzej, kiedy cztery kobiety odprowadziły mnie na przystanek (a nie Ja je do domu…), na którym postaliśmy 10 minut, po czym zauważyłem, że nie mam autobusu i muszę iść na pieszo (Zuza jaką miała zawiedzioną minę). Praktycznie w ogóle z nimi nie rozmawiałem – taki stres xD. Pewnie wyszedłem trochę głupio, no ale cóż. Poznałem przynajmniej mamę Zuzy ;).
Ogólnie cały wczorajszy dzień był wspaniały. Tylko… te moje skomplikowane obawy. Lubię Zuzę i to bardzo. Wspaniale czuje się, gdy jest blisko mnie. Lubie ją przytulać i tak dalej. Obawiam się tylko, że to może być zauroczenie spowodowane tym, że dawno nie miałem dziewczyny (równy rok?) i tylko dlatego tak się czuje, a nie inaczej. Gdybym miał ich na pęczki, Zuza wcale by mnie nie pociągała (głupie rozumowanie?).
Cały czas wmawiam sobie, że powinienem coś czuć, coś czego w ogóle nie czuje. Jeśli nic nie czuje, dochodzę do wniosku, że nic z tego nam nie wyjdzie, a idąc dalej tym tropem wychodzę na egoistę, który pakuje się w związek, chociaż ma pewność (mam pewność?), że nic z niego nie będzie. Jak można iść z dziewczyną za rękę, nic do niej nie czując? Może coś lekkiego do niej czuje, ale to jeszcze nie TO COŚ.
Jestem niemal pewien, że to się niedługo skończy, a im dłużej to się ciągnie, tym większy ból sprawie Zuzi. Nie chce kończyć tego teraz, bo wiem, że chodziłaby w dołku przez kilka dni (i do tego ta operacja). Wiem również, że później będzie trudniej (czy w ogóle trzeba to kończyć?). Chciałbym, żeby była moją koleżanką i tylko koleżanką. Nie wiem, nie rozumiem. I tu znowu odzywają się moje kompleksy. Jeśli jestem facetem powinienem dokładnie wiedzieć czego chce. A jeśli tego chce powinienem to robić, nie zważając na nic innego. Nie chce Zuzy? Mam jej to powiedzieć. Chce ją? Więc mogę zacząć działać. Proste i logiczne, prawda? ;)
Łatwo jest głosić morały, trudniej z nich korzystać.
http://www.mcichocki.pl/JA/I.N.S.A.N.E_Zuza.png
To jest SPECJALNA NOTKA, SPECJALNIE DLA 1 OSOBY:
Michał….cóż mogę powiedzieć? Znamy się 2 miesiące i mogę chyba wyciągnąć jakieś wnioski.
Well…Jest troche zbyt poważny. Owija w bawełnę – i to bardzo. Wkurza mnie, kiedy chcę do niego coś wyciagnąć, a on nie chce nic powiedzieć tylko milczy, lub nagle próbuje odwrócić moją uwagę jakąs duperelą. Lubi mnie wciągać w dyskusje za którymi nie przepadam, jednak za jego sprawą, powoli zaczynam je lubić. Rzadko puszcza strzałki. Niesłusznie uważa, że jest za niski, no i robi to, czego nienawidzę – zaczyna zdanie i nie kończy.
Oczywiście ma też zalety. Jest gentleman’em. Jest cholernie inteligentny i oczytany – czasem zastanawiam się czemu się ze mną zadaje, bo myślę, że moja wiedza, w porównaniu z jego, jest naprawdę dość skromna. Jest dowcipny – a to bardzo cenię sobie u facetów. Rozmowa z nim to czysta przyjemność. Bywa też bardzo słodki – tak jak dzisiaj, gdy oddał mi swoją kurtkę, bo było mi zimno. Ma bródkę – a każdy facet z bródką ma u mnie mega plusa na samym wstępie. No i oczy…ma niesamowite, zielone oczy – uwielbiam w nie patrzeć.
2 miesiące to generalnie mało czasu, dlatego zastanawia mnie jedno – dlaczego tak szybko nabrałam do niego zaufania? Ja, taka nieufna i niedostępna dla nieznajomych…Sama nie wiem. Strasznie lubię się z nim spotykać – ma coś takiego, że tylko na niego spojrzę i już się uśmiecham. Codziennie ze sobą piszemy i mówimy sobie wieczorem „dobranoc”. Jest w tym coś, co trochę mnie niepokoi…może to jakaś gra? Może znowu się zawiodę? Może powierzę mu tajemnicę, którą potem bezczelnie przeciwko mnie wykorzysta? Jeśli to gra, to zaskakująco dobrze ją rozegrał, a ja łatwo dałam się wciągnąć. Ale chcę zaryzykować – nie dowiem się dopóki się nie przekonam. Oboje potrzebujemy czasu który ukazuje wnętrze ludzi.
mike (16:28)
Wielka szkoda, że nie mam dostępu do komputera, o każdej porze dnia i nocy. Wczoraj, późnym wieczorem naszła mnie pewna myśl i byłem tak nią pochłonięty, że w głowie kłębiło mi się mnóstwo argumentów popierających moją tezę. Dziś rano uczucie to już trochę zelżało i pojawiły się wątpliwości. Do rzeczy.
Od zawsze, od kiedy pamiętam wyśmiewałem ludzi, którzy uparcie twierdzili, że zakochali się w kimś przez internet. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że w internecie może występować takie pojęcie jak miłość. To niedorzeczne. I każdy z moich znajomych podzielał ten pogląd. Czy miłość w internecie ma rację bytu? Oczywiście, że tak. Do wczoraj byłem bardzo ograniczonym człowiekiem i brałem pod uwagę tylko miłość mężczyzny do kobiety i vice versa. Nigdy nie zastanawiałem się nad miłością koleżeńską / przyjacielską.
Co to jest miłość? Miłość – złożone, trudne do zdefiniowania zjawisko, często utożsamiane z uczuciem, które przejawia się w relacji do drugiej osoby (lub obiektu), połączonej z silnym pragnieniem stałego obcowania z nią, czemu może towarzyszyć pociąg fizyczny do osoby będącej obiektem uczucia. Zwykle jest okazywana przez próby uszczęśliwiania kochanej osoby. Cytat: Wikipedia
Trochę nie podoba mi się ta definicja, czegoś mi w niej brakuje, pojęcia nie mam czego. Przed chwilą próbowałem wyjaśnić koleżance i chyba samemu sobie to, czego próbuje dowieść. Podam Wam prosty przykład, który jasno i klarownie obrazuje to, co chcę przedstawić.
Jest kilka rodzai miłości: miłość mężczyzny do kobiety i miłość koleżeńska, czy jak ktoś może nazwać przyjacielska. Czemu miłość koleżeńska ma być tylko przywiązaniem (jak to określiła moja znajoma), a ta pierwsza miłością?
Weźmy parę zakochanych ludzi, znających się od dwóch lat. Gdy jedna osoba umrze, druga czuje ogromny smutek, żal, przygnębienie, może wpaść w depresję. To jest niepodważalnie uczucie miłości.
A teraz dwoje przyjaciół (nieważne, czy różnej, czy tej samej płci), znają się oni od dziesięciu lat. Gdy jedna osoba umrze, druga czuje dokładnie to samo. Czuje ogromny smutek, żal, przygnębienie i może wpaść w depresję. To jest miłość, czy przywiązanie (czy przywiązanie nie jest miłością?). [Kiedyś Ikari pisał, że przyjaźń to uczucie wyższe od miłości, jednak czy przyjaźń to nie miłość?]
Idąc tym tropem wychodzę z założenia, że miłość w internecie jest wszechobecna. Ilu macie internetowych znajomych, z którymi rozmawiacie codziennie, znacie ich od kilku lat, jednak nigdy nie widzieliście się w realu? Czy po stracie takiej osoby nie czulibyście smutku, żalu i przygnębienia? Czy to nie jest miłość?
Przekazałem to co chciałem, zapewne wiele wątpliwości pozostawiłem bez rozwiązania, ale wielu ludziom, a przynajmniej samemu sobie dałem zupełnie inny pogląd na temat miłości w internecie. I teraz jestem już niemal pewien, że książkę, która ostatnio widziałem w supermarkecie (Uczucia w sieci) na pewno kupię – może wiedza w niej zawarta rozwieje moje wątpliwości na dobre.
Mało ostatnio piszę o wydarzeniach z dnia dzisiejszego, a powinienem. Ten dział miał służyć mi w przyszłości jako przypomnienie mglistej przeszłości, miał utrwalać wątki, które z czasem zanikają w pamięci. Szczegóły, powinienem więcej pisać o szczegółach. Oczywiście mogę zwalić to na brak dostępu do komputera i internetu. Kiedy przychodzę, grzecznościowo skorzystać z tego wspaniałego urządzenia do domu, siostra stoi nade mną i… krzyczy, co skutkuje brakiem chęci pisania. W domu pisać nie mogę, a raczej mogę, ale mi się nie chce. Pisanie na komórkę zajmuje wiele czasu i nie lubię korzystać z długopisu i kartki papieru (a to również powinienem lubię i powinienem ćwiczyć sobie pismo). Koniec narzekania. Co się dzieje u mnie?
Pisałem o Zuzi. Zuza B, która ukrywa się na moim blogu pod pseudonimem Z.B. Znajomość z nią rozwija się w zatrważającym tempie i aż dziwie się, jak mało czasu potrzebowałem, aby się przed nią otworzyć, przyzwyczaić do niej i tak dalej. Nie wiem czy już o tym pisałem, ale zaczęło się, na zakończeniu roku w gimnazjum (w siódemce), gdzie zatrzymałem się obok niej, gdy już mieliśmy iść do klasy. Wtedy też zapytała mnie o numer telefonu. Nigdy szczególnie nie byłem nią zainteresowany, może podobała mi się… wewnętrznie, chyba (w tym czasie, gdy chodziłem do klasy) uważałem ją, za osobę inteligentną, jedną z mądrzejszych i dojrzalszych osób w klasie.
Pamiętam scenę, kiedy podeszła do mnie, gdy czekaliśmy po dzwonku na wejście do klasy i spytała się… o co się spytała? Co robiłem w wakacje? Wiem, że zbyłem ją i nie powiedziałem za wiele. Chyba odpowiedziałem tym samym pytaniem i na tym się skończyła nasza rozmowa. Jestem trudnym człowiekiem do rozmów, bardzo trudno złapać ze mną kontakt, w grupie. Sam na sam jestem raczej otwartą osobą i zapewne sama Zuza powiedziałaby to o mnie. Rozmawiam, pytam, dociekam, wnioskuję, wysuwam własne pomysły, jestem bardzo aktywną osobą, ale tylko sam na sam.
Pierwszy do niej napisałem sms’a. Pamiętam (a było to niecałe dwa miesiące temu) byłem lekko zestresowany. Cóż można napisać nowo poznanej osobie? Jak wyglądała nasza podróż autobusem, kiedy wracaliśmy z zakończenia roku? W ogóle nie rozmawialiśmy (tylko, jak to zauważyła dziś Zuza – jakieś dziecko nas kopało ;p), w autobusie był tłok, nie zamieniliśmy ani jednego zdania. Tylko po wyjściu coś niecoś napomknęliśmy. Dowiedziałem się gdzie mieszka. Reszta to bzdety. W sms’ie spytałem się jak po urodzinach (jej siostra miała urodziny; siostra, która notabene chodziła ze mną do równoległej klasy w podstawówce – może nawet się znamy) i to chyba wszystko. A drugi sms dotyczył numery GG. Wcale nie chciałem o to pytać, nie wiedziałem po prostu co napisać. Ale wymieniliśmy się numerami i jakoś zaczęła się nasza znajomość rozwijać. Pierwsze nasze spotkania – starannie uszykowane przeze mnie. Miałem wrażenie (i nadal mam), że kino było dobrym pomysłem. Akurat premiera Shreka trzeciego. Po kinie poszliśmy na długi spacer. Nie planowałem go, myślałem, że zaraz po nim odprowadzę Zuzę do domu i tak się skończy nasze pierwsze spotkania, jednak potoczyło się inaczej (i bardzo dobrze).
Dużo rozmawialiśmy. W niektórych momentach wydawało mi się, że Zuza uszykowała sobie tematy, na wypadek gdyby nie było o czym rozmawiać. A może to tylko moja wyobraźnia? Niemniej jednak rozmawiało mi się dobrze, Zuzi chyba też. Zadowolony byłem z pierwszego spotkania. Tylko jeden błąd – bardzo chciałem odprowadzić ją do domu, nawet zawróciliśmy z przystanku, doszliśmy do następnego i podjechał autobus do którego wsiadłem, za namową Zuzi. Powinienem wykazać więcej stanowczości i nie wsiadać do niego. Stało się.
Dziś było szóste, może siódme spotkanie. Na wczorajszym zrobiło się „gorąco”. Nie spodziewałem się, że tak może na mnie podziałać, to co ona powiedziała. Koniecznie chciała dowiedzieć się o rozboju, który popełniłem kilka lat temu (kiedy byłem bardziej rozrywkowy – jak Ja to nazywam). Zwlekałem z tym kilka tygodnie i za wszelką cenę chciałem zachować to w tajemnicy. Wstydzę się po prostu tego. Jednak powiedziałem Zuzi przed jej wyjazdem do Francji (ponad tydzień temu), że po jej powrocie opowiem o tym. I to było właśnie wczoraj. Postawiła mi ultimatum – jeśli nie powiem jej co zrobiłem nie będziemy się kontaktowali do czasu, aż jej tego nie zdradzę. Wracając do domu spotkałem Giermazę, zastanawiałem się czy mnie pozna. Poznał.
- Ej!
*idę dalej*
- Ej kurwa!
*odwracam się*
- Mam Cię!
*idę dalej*
Doszedłem do przystanku i usiadłem, myśląc do będzie dalej? Przyjdą do mnie? Na przystanku chyba nic by mi nie zrobili, było pełno osób. Więc może wsiądą ze mną do autobusu i wysiądą razem ze mną, gdzie będzie ich mniej? Przyjechał autobus. Widziałem jak Giermaza podchodzi do niego, ale nie wsiadł, tylko pogadał z jedną dziewczyną, gdy drzwi już się zamykały wsiadłem do niego. Nie wiem, czy w ogóle chciał mi coś zrobić. Jednak to już kolejna osoba, która może narobić mi wstydu przy Zuzi. Kilka spotkań wstecz spotkałem Jajola. Szedł z przeciwnej strony, chyba z dziewczyną. Przechodząc obok nas rzucił:
- Co jest kutasie pierdolony?
- Przestań
Moje „przestań” wypadło raczej marnie. No cóż… Mieszkam w mieście, gdzie mam mnóstwo wrogów. Obawiam się sytuacji, w której będą szli czteroosobową grupą i spotkają mnie z Zuzą. Co wtedy będzie? Co zrobię, jak się zachowam? Będę musiał stawić im czoła. A jeśli będą chcieli zrobić coś Zuzi? Obronie ją, jednak zostawi to ślad. Może przez to przestanie chcieć się ze mną spotykać? Mogę przynieść jej samych kłopotów.
I właśnie dlatego cały czas próbuje traktować ją jako koleżankę, tylko zaczyna wymykać mi się to spod kontroli. Chciałbym czegoś więcej. Dotknąć jej, objąć ramieniem, złapać za rękę. I z jednej strony staram się nie dopuszczać do siebie tego, z drugiej… nie potrafię.
Mógłbym dalej wywodzić się na temat jak bardzo, bardzo fajnie rozmawia mi się z Zuzą, ile przynosi mi radości każde spotkanie z nią, jednak nie potrafię przelać na „papier” uczuć. Chciałbym nieraz, czytając słowa, która napisałem kilka miesięcy tamu poczuć dokładnie to samo, co czułem pisząc to. To niemożliwe. Jeśli znajomość z Zuzą się zakończy, po kilku miesiącach czytając ten teks będę pamiętał jedynie wydarzenia, nie wzniecę w sobie tych uczuć… To tak bardzo drażni.
Wracając do głównego wątku. Moja obawy, jeśli chodzi o powiedzenie prawdy Zuzi o mojej przeszłości nie wiążą się tylko ze znajomością z nią. Chociaż jest to powód pierwszorzędny. Obawiam się tego, że gdy usłyszy prawdę, powie mi, że nie chce mnie więcej znać. Obawiam się również tego, że któregoś dnia ta informacja może zostać przez nią wykorzystana. Sama dała mi popis swoich możliwości, włamując się na konto pocztowe byłego chłopaka i czytanie jego prywatnej korespondencji. Może (?) nie wykorzystała żadnych treści, jakie tam przeczytała, ale sam fakt, że je czytała, dały mi powody do zastanowienia. Dziś spotkałem się z nią. Wczoraj wieczorem miałem kiepski humor, gdy pomyślałem sobie, że już więcej mogę nie spotkać się z Zuzą, nie dostanę od niej sms’ów, ani strzałek… Postanowiłem jej to powiedzieć. Powiedzieć PRAWDĘ.
Jeśli spotkałbym się z nią w chwili, gdy to poczułem powiedziałbym jej to, bez zastanowienia, jednak na drugi dzień, po lekko nieprzespanej nocy (obudziłem się o 3) zmieniłem zdanie. Wymyśliłem inny, znacznie mniej rażący incydent. Uchroniłem się tym sposobem przed jej reakcją i przed tym, że może komuś o tym powiedzieć – znacznie łatwiej zaprzeczyć kłamstwu niż prawdzie.
Wszystkie dziewczyny jakie poznam, po pewnym czasie są traktowane przeze mnie jako potencjalne kandydatki na moje przyszłe dziewczyny. I od jakiegoś czasu (a może od zawsze?), mniej więcej od dwóch lat każda dziewczyna, która do mnie zagadała była postrzegana (po pewnym czasie oczywiście) jako kandydat na dziewczynę. Nie potrafię traktować je jako koleżanki. Na tym etapie nie uznaje czegoś takiego jak koleżeństwo. Jeśli dziewczyna do mnie pisze, wychodzę z założenia, że tylko i wyłącznie w jednym celu. I w zasadzie tak właśnie jest, po jakimś czasie okazuje się, że dziewczyna oczekuje ode mnie „czegoś”. Takim właśnie sposobem nauczyłem się, że nie ma dziewczyny, która napisze do mnie bezinteresownie, żeby porozmawiać. Zawsze chce czegoś więcej.
Pomyślmy. Mamy znajomych. Po co pisać do kolejnych? [a może lekko tu przesadziłem...]
Muszę się nauczyć koleżeństwa z koleżankami. Przykładem może być taka Milena. Znamy się od prawie roku. A Ja cały czas w głowie tworze sobie jakieś miłosne sceny. Muszę zacząć traktować ją jako KOLEŻANKĘ! Bo jest tylko moją koleżanką. I wszystkie przyszłe dziewczyny, które zaczną się koło mnie kręcić również. Koleżanki. Tylko koleżanki.
Idąc przez miasto napotykam młode, ładne dziewczyny, które omijane są szerokim łukiem. Powód? Są to Panie ulotkarki.
Rozumiem to, że reklamodawcy chcą dotrzeć do jak największej liczby klientów, jednak lekko przesadzają. Pomijając irytację ludzi, którzy co 100 metrów zaczepiani są przez młode dziewczyny, które wręczają te same ulotki – co po kilku dniach powoduje zakodowanie sobie ich treści w głowie, wszystkie te papierki zaśmiecają miasto. Większości przechodniom nie chce się szukać śmietnika i ulotka ląduje na ziemi, którą notabene ktoś później musi sprzątnąć. Do irytacji przechodniów dochodzi więc irytacja konserwatorów powierzchni płaskich.
Podsumowując wyżej wymienione argumenty stwierdzam, iż ulotki to istne zło, które nie przynosi nic dobrego. Dziękuje za uwagę i przeczytanie moich żali.
Poprzednie wpisy »