Cześć! Nazywam się Michał Cichocki, pochodzę z Konina, niewielkiej miejscowości w Wielkopolsce. Moją pasją są komputery, Internet i nowości technologiczne. Prowadzę bloga od połowy 2006 roku prezentując na nim moje codzienne życie. Chcesz wiedzieć więcej? Zapraszam na podstronę o mnie, a także do archiwum.
Kolejny filozoficzny wywód, na temat błahy i lekko bezsensowny. Do rzeczy. Jak nie sposób nie zauważyć, nie przeklinam. Błąd. Unikam wulgarnych słów w specyficznych miejscach, a także rozmawiając ze szczególnymi osobami.
To zastanawiające, od czego to zależy? Na pewno nie od płci, ani wieku, ani miejsca zamieszkania, ani czasu, jaki tą osobę znam. Jest grupa ludzi, u których słowo „pierdolisz?! xD” jest postrzegane (przeze mnie) jako zwyczajne, normalne, nawet rzekłbym nieagresywne. Ale istnieje też grupa druga *spogląda na swoją listę*, u których słowa tego typu wydaja mi się bardzo agresywnie (napisane przeze mnie).
Podobno, rozmawiając z różnymi osobami, przyjmujemy ich cechy zachowanie. Zgadzam się z tym, wiem to z własnego doświadczenia. Teorię tą, wysnuli kiedyś panowie z Discovery i odnosiła sie ona do zachowań ludzi w życiu realnym. Jednak mam wrażenie, że można zastosować ją również w internecie.
Nie mieliście czasami wrażenie, że rozmawiając z kimś dłużej zaczynacie pisać podobnie – używać takich samych emotikon, podobnie reagować na różne sytuacje i tak dalej? Chociaż z drugiej strony… To jest podobno niezauważalne ;).
W życiu realnym chodzi o ułożenie rąk, nóg, głowy. Można by wymieniać dalej. Można to zauważyć oglądając programy telewizyjne z udziałem dwóch osób – np. Szkło kontaktowe, czy program pani Olejniczak, gdzie ma tylko jednego gościa. Jeden bierze długopis i zaczyna się nim bawić, drugi robi to samo. Noga na nogę – drugi robi to samo. Jeden pije wodę, drugi również po nią sięga. Pewnie wydaje się to dziwne i niedorzeczne. Mi samemu takie się wydaje, ale tak się zachowujemy.
I ta lekka dygresja, którą wprowadziłem ma znaczący związek z tym, o czym pisałem na samym początku. Jeśli widzę wulgarne słowa (które w późniejszym czasie tak na prawdę przestają być wulgarne) często pisane przez drugą osobę, sam zaczynam ich używać.
Ja nie mam nic do wulgarnych słów. No chyba, że brać pod uwagę sytuację z wczoraj, gdzie do autobusu wpada trzech wyrostków, a rozmowa wygląda mniej więcej tak:
- Kurwa, ten jebany pedał.
To znacznie zmienia sytuację, prawda?
Siedząc na fotelu, oglądając telewizje rzuciłem od niechcenia:
- Jutro idę do pracy
- Pff, Gdzie?
- W markecie
- Pff, którym?
- Kaufland
- Pff, co będziesz robił?
- Wykładał towar na półki
- Bierzesz jakieś dokumenty?
- Nie, idę na okres próbny, w poniedziałek podpiszą ze mną umowę.
- Haha, a przez te dwa dni będziesz pracował za darmo. To tak praca dla i… [nie skończyła]
Dziękuje Ci mamo, za miłe słowa, przecież to tylko moja pierwsza praca xD.
Po kilkumiesięcznej przerwie zagościłem na Przemysłowej – moim dawnym domu. Ulicy, gdzie mnie wszyscy znali, miałem przyjaciół, kolegów, znajomych. Osiedlowa rodzina.
Pierwszy zobaczył mnie Dymek.
- Cichy?! Jak Ja Cię dawno nie widziałem.
- Hah, Ja Ciebie też.
- Ale wydoroślałeś, bródka i w ogóle ubierasz sie doroślej – to mi się podoba.
- Ta, wiesz gdzie są Ci wszyscy?
- Nie wiem… Ale piwko postawisz? (to jest naciągasz)
- Jasne, chodź. (przy okazji kupiłem dla siebie)
Druga osoba jaką spotkałem to Juli. Cześć, cześć, duperele. Potem zjawił się Kleryk, Tumek i Pati (wszyscy ponad 20 lat).
Wtedy też dowiedziałem się, że mój najlepszy kolega, z którym przepaliłem gramy ziółka jest w opiekuńczym… Wiedziałem, że tam kiedyś trafi. Byłem pewien. Nawet jakiś czas temu słyszałem w radiu, że złapali 16-latka z marichuana. Myślę: Leszek jak nic… No i Leszek. Jutro zamierzam sie do niego wybrać.
Leszek w opiekuńczym, pierwsza nowość. Do czerwca. Chłopak sobie spierdolił życie.
Więc wyruszyłem z Julim i Tumkiem do Kantorsia. Chłopaka (chyba największego kozaka), któremu wiszę siano. To jest dłuższa historia, ale ogólnie mówiąc wiszę mu za friko, wiec spóźniam sie z oddaniem.
Szliśmy, szliśmy, po drodze zatrzymaliśmy sie na piwo kolejne. Wypilismy, poszliśmy dalej i doszliśmy do miejsca gdzie prazuje Kantorsiu.
- No cześć – zacząłem.
- Nawet nie podchódź, bo Ci zemby wybije (on lubi żartować)
- Przestań Kanty, mam dla Ciebie całe siano.
- Pokaż.
- No, nie przy sobie. < (Ja lubie lecieć w chuja)
- To po chuj mi dupe zawracasz?
- Chciałem Ci powiedzieć, że mam kase i jutro Ci przyniose.
- Czemu nie dzisiaj?
- Mam na ksiazeczce. PKO zamkniete.
[duperele]
[duperele]
Zakonczyło sie tym, że jutro mam mu kase przyniesc. Moze gosc pomarzyc… Dwie banki bede za friko bulil – aha ;).
Dalej pojechałem z Julim do mnie, po kase. Pomyslałem, że zrobie sobie maly zapas ziolka. Wziałem, ale zamiast jechac na osiedle, poszlismy do sklepu po piwka i zostalismy nad rzeka.
I tak gadalismy, gadalismy (o musze mu numer wyslac, dobrze ze pisze to bo bym zapomnial). Godzine zesmy pogadali i pojechalismy.
Zajechałem i o dziwo nikt mi ziolka nie chce sprzedać.
- Siema Pagór m…
- Nie mam nic.
- Pierdolisz?
- Nie pierdole, nic nie mam.
Zonk.
Jak moze Pagór tak do mnie?
- Juli masz co moze?
- Nie mam nic, mowilem Ci. A kto ma? Witek?
- Nie wiem…
Posiedziałem troche z Dymkiem (młodszym – 15 lat) i pojawila sie cała reszta – wino, tiger, szczurek (brat Leszka), kaziu (nie pamietam czy byl, czy nie) i Titu.
[szczurek] – Kogo Ja widze… Chodź pogadamy
- Własnie, Ty cos do mnie miales, tak? No to chodź pogadamy.
[chcielismy jechac na góre, ale gnida (mlodszy brat kantorsia) zawołał nas na korty], wiec poszlismy. A gdy doszlismy…
- Zdejmij okulary
- Że co? Co Ci odjebało?
- Zdejmij okulary.
I zaczelismy sie naparzać. Chwile to trwało. Skonczyło sie tym, że Ja mialem lekki guz na ręku, a on guz na czole.
Długo, długo nic.
[szczurek] – zepsułes mi kurtke, bedziesz mi bulił 30zł.
- Buty też Ci kupic?
lekko sie zmieszał, próbował mnie podpuscic, żebym go zaatakował, ale luz. Odszedł.
Cały dzien zakonczył sie tym, że poszedłem na autobus – nawet mi titu i menda towarzyszyli. I pojechałem…
W tym jednym dniu działo sie wiecej niz w całym ostatnim miesiacu – refleksa nr. 1
Moja ekipa sie sfrajerzyła i malo kto mnie tam lubi – refleksa nr. 2
Nie chce mieszka w Koninie – refleksja nr. 3
Dziekuje za uwagę.
Pytanie? Po co prowadze dział blogasek i to pisze? Poczatkowo dla Mileny. Teraz… to jest pamiatka. Takie cos, co przetrwa lata – mam nadzieje. Milo wrocic do wspomnien, gdy sa ona tak ladnie zapisane.
BTW. Boje sie o Martynę… Kolezanka, z która znam sie kilka miesiecy. Dlaczego? To dłuzsza historia, ale pisze ona o samobójstwach… Nie wiem, jak jej pomóc. Nie lubie nie wiedziec, jak komus pomoc… Widze jak sie meczy, ale nie optrafie jej pomoc!!!
Kto powiedział, że w Polsce jest bezrobocie?! Jeśli tak u nas źle to jakim prawem w ciągu tygodnia znalazłem trzy oferty pracy, a nie mam za wysokiego wykształcenia – ten mój wiek.
Zacznę tym, że żadna praca nie hańbi.
Oferta I (która odpowiada mi najbardziej).
Sprzedawca lodów w pobliskim barze – 100metrów ode mnie. Godziny pracy odpowiadają mi idealnie: od 14 do 21. Czas na szkołę bym miał. do tego blisko, pod samym nosem. Czego chcieć więcej?
Oferta II
Praca w markecie – wykładanie towarów na półki. Trochę gorzej… Do tego trzeba mieć książeczkę sanepidowską i w ogóle pani do której zadzwoniłem mnie olała – łaski bez, mam miliony ofert pracy, mogę przebierać xD.
Oferta III
Praca fizyczna – kompletna porażka. Z ciekawości przed chwilą zadzwoniłem:
- Dzień dobry, Michał Cichocki z tej strony, znalazłem ogłoszenie, że poszukuje pan pracowników do pracy fizycznej.
- No tak.
- Na czym to konkretnie ta praca polega?
- Przynieś, podaj, pozamiataj. Nieraz też trzeba łopatą (jak on to powiedział?) zamieszać (chyba).
- Aha… (Szczerze… odpowiada mi siedzenie przed komputerem… ;p). A jakie godziny pracy i to jest na terenie Konina?
- Od 8 do 18 (WTF?!) i nie Konin – Turek. A Ty skąd jesteś?
- No właśnie z Konina, nie wiem czy jest sens tak daleko dojeżdżać.
- No parę kilometrów jest. A jeśli chodzi o wynagrodzenie to od tysiąca set, do tysiąca set.
- Przepraszam, ile?
- Tysiąc pięćset, tysiąc sześćset
- Nie, to Ja chętnie sobie pojeżdżę. Kiedy mogę przyjechać?
- Bądź jutro o 8
[duperele]
[duperele]
1600zł. Jeśli odjąć te bilety to na czysto miałbym ponad 1000zł – czy to nie wspaniałe dla 18-latka?! Wszystko ładnie, pięknie. Ja jednakowoż widzę drobne problemy.
1. Szkoła – godziny pracy kompletnie mi nie leżą.
2. O szóstej rano wypadałoby wstać… Ja lubię sobie pospać do, chociaż tej dziewiątej.
Co się będę niecierpliwił. Poczekam na odpowiedź z oferty nr.1. Jak mnie nie wezmą… W Polsce przecież nie ma bezrobocia! Coś sobie znajdę.
I teraz tak sobie myślę. Jak to ze mną będzie wspaniale (ambitny jestem ;p). Skończyłem te 18 lat, mogę legalnie pracować jako ktokolwiek. Popracuje parę lat jako ten ktokolwiek, zrobię prawo jazdy (niedługo zamierzam się wybrać), skończę szkołę, pójdę na studia i… wtedy się dopiero zacznie. Prawdziwa praca, w wyuczonym zawodzie. Własne mieszkanie. Samochód. Rodzina. I tak dalej. Wspaniała przede mną przyszłość, co nie?
22.06.2009r.: Ja to miałem dopiero poczucie humoru…
Wiem, temat oklepany, wiele osób pisało już wywody na ten temat. Ja pewnie nie wprowadzę nic nowego, ale napisać chcę.
Wyobrażacie sobie życie bez techniki Chcielibyście żyć bez techniki? Zamiast komputera papier i ołówek, zamiast telewizji i seriali własne życie, zamiast rozmów telefonicznych wysyłanie listów, zamiast radia rozmowa. Wymieniać można by w nieskończoność.
Kiedyś słyszałem opowiadania starszych (czyt. babci i dziadka), że dawniej ludzie mieli więcej czasu, nigdzie się nie śpieszyli. Jak to?! Kiedyś trzeba było rozpalić ogień w kominku, teraz wystarczy włączyć ogrzewanie centralne. Pranie robiło się ręcznie, teraz włączamy pralkę – to samo z naczyniami. Teraz wystarczy zadzwonić, aby przekazać wiadomość osobie znajdującej się na drugim końcu Polski, wcześniej trzeba było napisać list, a potem iść z nim na pocztę. Tutaj również przypadków jest mnogo. Jak wtedy ludzi mogli mieć więcej czasu, skoro zajęcia zajmują kilkakrotnie więcej czasu niż teraz? A przecież TERAZ większość z nas jest zabiegana. Z czego to wynika?
Pytanie ponawiam: Czy wyobrażacie sobie życie bez techniki Czy chcielibyście żyć bez techniki? Bez rzeczy elektrycznych i mechanicznych? Żeby dotrzeć do miejsca znajdującego się 100km od nas, będziesz musiał wykorzystać pracę mięśni, a nie jak do tej pory wsiąść w samochód.
Nie wiem dlaczego, ale chciałbym poczuć jakie to życie jest bez telefonu, komputera, telewizora, samochodu, bez jakiejkolwiek elektryczności i mechaniczności. Dlaczego ludziom starszym tak bardzo ten czas się podobał. Przecież teraz mogę napisać „dzień dobry, jak minął dzień?” osobie, która jest na drugim końcu świata – czy to nie wspaniałe? Teraz wydaje się to normalne. Nie ma w tym nic ekscytującego. Ja też podchodzę do tego bez większego wzruszenia, ale pomyślcie o osobie, która żyła tutaj 300-400 lat temu.
Chciałbym mieć światło, kiedy zapalę świeczkę. Mieć ciepło, kiedy napalę w kominku. Mieć kontakt z osobą tylko wtedy gdy widzę ją, przed sobą (realnie). Nie chce maili, wole tradycyjna pocztę. Nie chcę dzisiejszych rozrywek – telewizja, radio, internet, wolę umilić sobie czas spędzając go z ludźmi (nie z rzeczami martwymi).
Czy takie życie nie jest wspaniałe? Jest ciekawsze niż dzisiejsze. Pytanie, jak długo bym tak wytrzymał i nie zapragnął wrócić do „normalności”. To jest przykład zachcianki nie do spełnienia. Tak już nie będzie, nie można cofnąć się w rozwoju.
Właśnie rozwój. Czy bez techniki ludzie są mniej inteligentni? Bez techniki nie byłoby czego uczyć w szkołach. To czego teraz się uczymy jest wykorzystywane w technice – wszystkie te wzory i równania. Nauka tego straciłaby sens, jeśli przestała by być wykorzystywana.
Zostaje jeszcze wyprowadzenie się na bezludną wyspę (ale z paczką ludzi, ew. chociaż jedną osobą), zabranie ze sobą dużego notesu, kilku ołówków, zapałek i świeczek. To chyba wszystko co byłoby mi niezbędne. No może jeszcze nóż i parę książek. I tak pobyć na tej wyspie kilka tygodni…
edit: Trzeba było zmienić trochę pytania.
Tak siedząc przed komputerem, mając włączoną dawno zapomnianą płytę, która nota bene była hitem i jedną z moich ulubionych płyt, zachciewa się pisać. Nawet, jeśli w zasadzie nie ma o czym. Słuchając takiej płyty zawsze temat się nawinie, sam z siebie, od tak – weźmie się znikąd.
Niezważając na to, że w pokoju pełno osób, które najczęściej wywołują u mnie tzw. blokadę myślową, piszę.
I pierwszy temat mam. Liczę na to, że muzyka lecąca z słuchawek pozwoli mi na ładne, niekrępujące opisanie go. Well. Od jakiegoś czasu, bliżej nieokreślonego, mam pewną koncepcję co do mojego usposobienia.
Moje zachowanie jest obce, inne, zupełnie mi się niepodobające. I zaczynam zwracać na to uwagę coraz częściej (mógłbym napisać: zwracać na to zaczynam uwagę coraz częściej?). Nawet niektóre anegdoty, puszczone od tak sobie z ust osób tak zwykłych, normalnych, rozpoznanych i nierozpoznanych, obcych i bliskich wywierają na mnie głęboki wpływ. Taki, że zaczynam zastanawiać się nad tym jeszcze częściej i dogłębniej.
Nawet ten post wywołuje u mnie takie poczucie… odmiennego mnie. Tak jakbym doszedł do pewnego wieku i zaczynał rozwijać się w zupełnie innym kierunku, niż powinienem. Jakbym zboczył z głównego toru, którym szedłem cały czas. Znalazłem ładny i atrakcyjny skręt w prawo i teraz kroczę przeciwległym torem.
Wycwanili się chłopaki z osiedla mojego. Wspominałem już może o fontannie, która niedawno została postawiona na placu, przed moim oknem? Wspominałem. Chłopaki z mojego osiedla wycwanili się i zamiast targać butelki z wodą i biegać za dziewczynami, biegali bez nich. To znacznie ułatwia bieganie i łapanie. Po takim złapaniu nieśli ofiarę (rozochoconą dziewczynę ;p) do fontanny i całą Ją tam wrzucali. Sami musicie przyznać, że jest to bardziej praktyczne i lepsze.
Jak już wcześniej pisałem, dziewczyny bardzo tym faktem są zadowolone. To nic, jeśli po chwili przyszedł ojciec którejś z dziewczyn.
Wszystkie dziewczyny stadami stały w okolicach fontanny czekając, aż je złapią i do wody wrzucą. To jest takie zastanawiające zjawisko. Czemu one otwarcie ogłaszają, że na dwór nie wyjdą, jeśli następnego dnia specjalnie przechadzają się przed chłopakami i tylko czekają na to, aż zostaną zmoczone? To jest taka zabawa – mówię nie, co oznacza tak?
Osobiście nie bawiłem się w polewanie – nikogo w tym roku nie polałem, nota bene pierwszy raz tak się zdarzyło (pamiętam nawet bardzo mroźny lany poniedziałek, gdzie prawie nikt nie wyszedł polewać, ale Ja zawsze musiałem w tym uczestniczyć. Nie wyobrażałem sobie, jakby tego święta móc nie obchodzić?). Doszedłem do wniosku, że… jestem za stary. Co jest oczywiście bzdurą, gdyż 4-5 lat starsi chłopacy ode mnie latali w tym roku, za dziewczynami.
Dlaczego więc nie uczestniczyłem w tej wspaniałej zabawie? Naprawdę jakoś nie widzę siebie, biegającym z butelką w ręku za dziewczynami… To wydaje mi się takie… dziecinne. A przecież Ja nadal dzieckiem jestem.
Przestało mnie to bawić.
Jak ładnie mi wyszło, wymyślenie tylu tematów na poczekaniu. A to wszystko dzięki t.A.T.u – Dvesti Po Vstrechiy.
Czy osoba młoda, ma prawo pisać o czymś, o czym konkretnie nie ma pojęcia i do tego wyrażać swoją opinie, na ten temat? Zaryzykuje – najwyżej zostanę zlinczowany.
Tak dzisiaj wątek narzucił ktoś, siedzący obok mnie. Cóż, chce o tym mówić – temat podtrzymam, co mi szkodzi?
- Michał Ty jeszcze młody jesteś, ale jak dorośniesz, zobaczysz, że to jest coś normalnego.
- Czyli uważasz, że to jest na porządku dziennym?
- No… tak. [Zonk] Tyle, że może nie wszyscy „zaczynają” w tym samym czasie.
- To, kiedy Twoim zdaniem mogę zacząć?
- Nie, nie – Ja nie twierdze, że masz tak robić. Tylko, że po pięciu, dziesięciu latach powinno się dać więcej luzu.
- Mhm, taki bym powiedział – nowoczesny związek.
- Bo popatrz. W pierwszych latach jesteście w siebie zapatrzeni, ale potem… zaczynacie się trochę sobą nudzić [Zonk nr.2]
- Ahaa… A jak Ty to wywnioskowałaś?
- Z rozmów! Z innymi (dojrzałymi) facetami. Każdy twierdzi, że od czasu do czasu „skoczy sobie w bok”. Może teraz wydaje Ci się to dziwne, ale tak ma każdy facet.
Ja oczywiście słyszałem o tych luźniejszych związkach, gdzie para pozwala sobie na „skoki w bok”. I w sumie nic tam do tego nie mam – jestem tolerancyjny (zawsze to powtarzam). Tylko, że moim zdaniem… (właśnie te wyrażanie mojego zdania, jeśli nie jestem jeszcze [tak bardzo] – jak to kiedyś określiłem, dojrzały emocjonalnie ;). Więc może napiszę inaczej: Chciałbym, aby moja przyszła żona/kobieta/dziewczyna (niepotrzebne skreślić) była „tylko moja”.
Nie to, żebym ją zamykał na klucz – bo ten temat przy tej rozmowie też się trochę wkradł, że trzeba dać sobie trochę luzu. No, ale chyba bez przesady?
Może Ja po prostu jestem jakiś niedzisiejszy? I tak, jak ktoś mi dzisiaj to powiedział:
- To jest na porządku dziennym.
I zrozumiem to dopiero wtedy, kiedy faktycznie dorosnę? Z wiekiem przecież zmieniamy pogląd na dane zagadnienie – przykładów z własnego doświadczenia mam setki.
Jednak teraz, moje zdanie ws. zdrady jest jednoznaczne ;).
A teraz trzeba poczekać na kogoś, kto powie mi, czy mogę to upublicznić ;p.
Tak… Ciekawie.
Ludzie są „dzisiaj” dziwnie uprzejmi i mili. Fajnie się z nimi rozmawia i aż chce się wymieniać zdania… z nimi.
Na wycieczce dzisiaj byłem, takiej potężnej – 20 km na pieszo. Do tego 97% drogi przez las. Idealna wycieczka, nawet teraz zmęczenia nie czuje. Nie tylko o wycieczce chciałem, ale o ludziach po drodze spotkanych.
- Przepraszam, do Bieniszewa, w dobrą stronę idziemy?
- Tak, ale to kawał drogi…
- Wiem, wiem – mała wycieczka.
- No, to pójdziecie prosto, przy barze skręcicie w prawo, przejdziecie koło cmentarza i dojdziecie do lasu. Tam już zaznaczone są szlaki.
- Dziękujemy bardzo.
- Proszę… I miłej podróży.
Niby ostatnie zdanie do szczęścia niepotrzebne, ale wszystko zmienia, prawda? Po drodze spotkaliśmy jeszcze parę innych, miłych osób. Na przykład pana, który przyjechał z żoną porobić zdjęcia klasztoru.
- Przepraszam (nie wiem.. Ja zawsze tak zaczynam zdania ;p), chyba lekko się zgubiliśmy. W którą stronę do Kazimierza?
- Tą drogą (wskazuje palcem)
- A nie wie pan może, czy ten klasztor otwarty?
- Nie mam pojęcia, dopiero co przyjechałem.
[poszliśmy sprawdzić]
- Przykro mi, tam nawet klamek nie ma (xD). Jest jakiś dzwon, ale Ja tam dzwonić nie będę. O 17 ma być jakaś msza – Wielki czwartek dzisiaj.
- Ach, no tak – dzięki za informacje.
[post nie skończony... ;p]
« Nowsze wpisy — Poprzednie wpisy »