Cześć! Nazywam się Michał Cichocki, pochodzę z Konina, niewielkiej miejscowości w Wielkopolsce. Moją pasją są komputery, Internet i nowości technologiczne. Prowadzę bloga od połowy 2006 roku prezentując na nim moje codzienne życie. Chcesz wiedzieć więcej? Zapraszam na podstronę o mnie, a także do archiwum.
Kompletnie nic się nie dzieję ostatnio. Post jest – jakby ktoś nie zauważył, może to dlatego taki spokój i cisza? W czasie postu należy stronić od hucznych zabaw, wyrzekać się rzeczy, które w jakiś sposób działają na nas dobrze i broń Boże (!) tknąć mięsa ;).
Czy ktoś tych „zasad” w ogóle przestrzega? Minęły już – przynajmniej u mnie, czasy podstawówki, kiedy moja pani katechetka zadawała nam pracę domową: Znajdź rzecz, której będziesz wyrzekał się przez 40 dni. Wtedy podchodziłem do tego „bardziej serio” niż dzisiaj. Nie będę jadł cukierków, potem będę miał taaki wielki worek :). Albo nie, przestanę oglądać moją ulubiona bajkę – Dragon Ball. I oczywiście nie jadłem mięsa. Byłem bardzo tym zafascynowany, pojęcia nie mam dlaczego.
Teraz jakoś mnie to nie interesuje. Lubię zjeść kanapkę z wędliną – jak można zjeść inaczej?… Gdybym miał jakąś okazję wyjścia na imprezę, na pewno nie zastanawiałbym się „czy na pewno mogę? Przecież jest post”, tylko poszedłbym na nią. Nie wspomnę już o wyrzekaniu się jakiejś rzeczy, musiałoby paść na komputer. Aha, pewnie – oddaje komputer na 40 dni (;
Domenę sobie przed chwilą zarejestrowałem. Od dawna myślałem nad kupnem takiej. Nadal nie jest to TA jedyna jaką chce mieć (.pl), ale ta nie jest zła – cichocki.com.pl ;). Taka ładna promocja jest na nazwa.pl – domeny za 9.99zł + VAT :). Trochę gorzej będzie za rok, gdy trzeba będzie zapłacić 120zł za przedłużenie ważności… Ale ;). Na razie się tym nie martwię, mam przecież cały rok, co nie.
Ikari ostatnio pisał (napomknął tylko w nawiasie) o notkach, w których zawarte jest wiele tematów, dodając, że jest to bardzo złe. I zgadzam się z tym w 100% ;). A co właśnie teraz robię? Trzeci temat piszę, a Jezus (i jego grób) jeszcze został do opisania.
Niektórych tematów po prostu nie można napisać w jednym poście, bo są zwyczajnie za krótkie. I nawet jeśli notki takie są bardzo złe (i nieprofesjonalne!), to mają swoje pozytywne strony – bardzo fajnie się je czyta, przynajmniej mi. Takie przeskakiwanie, od jednego tematu do drugiego. Nigdy nie wiadomo co można wyczytać podążając dalej za literkami.
Dojdźmy w końcu do Jezusa i skończmy ten temat. Przepraszam. Nie dojdźmy, tylko Ja dojdę i nie skończmy tylko Ja skończę. (Kiedyś w telewizji mówili, że do małego dziecka nie powinno się zwracać liczbą mnogą – chodź Maciusiu, zjemy kolację. Bo Maciuś wie, że to nie oni będą jedli, tylko mama będzie karmiła Maciusia. Ta mądra osoba w telewizji napomknęła jeszcze dlaczego nie powinno się tak mówić do dziecka, tylko… ta moja pamięć ;)
Tak więc znaleźli grób Jezusa, po raz kolejny. Ale to nic, ten na pewno jest prawdziwy! Oprócz tego w grobie spoczywali kolejno: Matka Jezusa, żona Jezusa, syn Jezusa (to Jezus miał syna?!) i przyjaciele Jezusa. Milena zapytuje: Skąd oni wiedzieć mogą, że to prawdziwy Jezus?
Super nowoczesne testy DNA ;). Oprócz tego, groby były podpisane. Składając to wszystko, chyba nikt nie ma żadnych „ale”?
Skoro Wy nie macie, to Ja mam. Nie uwierzę w nic póki tego nie zobaczę i nie zostanie to udowodnione ;). A tak nawiasem pisząc to jedno ciało już zostało skradzione – jak to się stać mogło? (źródło: TVN24)
Pożalę się, ok? Jest taki dzień, jak dzisiejszy, że kompletnie ochoty na pisanie nie mam (i nie z powodu dołów, tylko zmęczenia), a walą do mnie drzwiami i oknami. Są też osoby, którym rozmowę „obiecałem” i głupio się czuje spławiając ich.
Godzina 19 – zalogowałem się na GG, godzina 19:01 – mam 4 okienka… Do tego logując się na chat dochodzą kolejne dwa. I tak teraz pisz. Nie potrafię rozmawiać naraz z dwiema osobami, co dopiero mowa o sześciu. Każdy czegoś chce, jeden zwykłej rozmowy – bo dawno nie pisaliśmy, inny, żeby mu coś podesłać, a jeszcze jeden żeby mu coś zrobić.
Od kilku dni co pojawiłem się na czacie piszę do mnie jedna osoba zadając na początku pytanie „A dzisiaj masz czas dla mnie?”, po dzisiejszym dniu chyba przestane to pytanie dostawać ;p. Z jednej strony cieszę się bardzo, z drugiej głupio mi, że tak chłodno ją potraktowałem (ach, ten mój charakter).
Czy zmiana statusu znajomego na dostępny, równa się z obowiązkiem napisania do niego? 99% ludzi w mojej listy używa tego zwyczaju. Dlatego też dotychczas ukrywałem się na GG, odpowiadając tylko na wiadomości tych osób, z którymi chciałem pisać, a innym odpowiadałem dopiero po „zniknięciu” (kurde, my to nigdy nie możemy na siebie trafić). Ale niedawno pomyślałem sobie, że ukrywać się przestanę i zawsze kiedy będę on-line żółte słoneczko świecić będzie. Dzisiaj chyba przyszedł kryzys – poważne zastanowienie, czy nie wrócić może do poprzedniego stanu rzeczy i żyć znacznie spokojniej?
Czat. Co to jest czat? Służy on do komunikowania się większej grupy ludzi. Do wymiany poglądów w szerszym gronie. Ja nie przychodzę na czat gadać. Wchodzę i sobie wiszę. Raz na godzinę napiszę jedną, dwie linie tekstu i starczy. Dla mnie czat jest jak GG. Pojawienie się na nim oznacza przełączenie statusu na dostępny. Co nie oznacza, że wchodząc tam muszę do kogokolwiek pisać. Nieraz popatrzę chwilę o czym to grupa rozmawia i wracam do swoich zajęć.
I nawet teraz, mając status na „zaraz wracam” piszą do mnie… [19:46:13 o jesuuuu;P 19:46:19 zapomniałm o tobie :] 19:47:54 jesteś??]
Może tak po prostu ulotnić się z „życia internetowego” na jakiś czas, miesiąc, góra dwa – Mega długi „detoks”. Jeśli już o tym mowa, to zdałem sobie sprawę, że od trzech lat nie miałem dłuższej przerwy od internetu niż dwa dni :>. Ostatnio miałem dłuższą, gdy były drobne problemy z neostradą, chyba 5 dni brak internetu.
Cztery dni temu pisałem o free hugs. Nie wiem co mnie podkusiło, ale na jednej stronie wyraziłem chęć zorganizowania „darmowego przytulania” w moim mieście… Zgłosiło się do mnie parę osób; spodziewałem się z dziesięciu na spotkaniu, ale przyszły tylko dwie dziewczyny ;).
Tak więc było nas tylko czterech. Oprócz mnie i dwóch dziewczyn zaangażowałem jeszcze mojego kuzyna (mówiąc mu, że zapraszam go na piwo – przyszedł bez żadnego sprzeciwu xD). Na miejscu okazało się, że o całej akcji dowiedziała się prasa… tylko tego mi brakowało.
Ja, jako organizator „imprezy” musiałem wtrącić trzy zdania do wywiadu, który nota bene był już puszczany w radiu Merkury ;f. Do tego robili nam zdjęcia, które będą opublikowane w przeglądzie konińskim – wstyd na całe miasto.
Ogólnie nie było tak źle, chodziliśmy z naszymi transparentami, podchodziliśmy do ludzi i mówiliśmy: „Dzień dobry, nowa akcja powstała – Darmowe przytulanie, przytuli się pani do mnie?” Ludzie różnie reagowali. Niektórzy z miłą chęcią się przytulali i wyrażali swoje pozytywne zdania na ten temat, ale byli również ludzie, którzy wysyłali nas do psychiatryka ;).
Jeśli któryś lokalny serwis internetowy zamieści nasze fotki, to je tutaj wrzucę, ewentualnie zeskanuje artykuł z przeglądu ;>.
edit: Zdjęć jeszcze nie mam. Ale znajoma zdobyła mini-wywiad, który z nami przeprowadzali. Posłuchać można go tutaj.
edit2: Fotki już są ;) [Do poczytania i do oglądania]
Osoby cierpiące na fobię społeczną
* unikają odpytywania przed tablicą i wystąpień publicznych * unikają jedzenia i picia w miejscach publicznych * nie odzywają się w towarzystwie innych * nie umawiają się na randki * unikają rozmów, zwłaszcza z osobami, które są dla nich autorytetem * nie mogą pracować, gdy ktoś na nich patrzy * prowadzą najczęściej samotniczy tryb życia Wiele codziennych spraw (załatwienie czegokolwiek w urzędzie czy banku, wizyta u lekarza, zakupy w sklepie innym niż samoobsługowy, umówienie się z kimś) jest dla osób cierpiących na fobię społeczną prawdziwą torturą.
Przed chwilą chciałem podkreślić zdania, które mnie charakteryzują. Ale po chwili doszedłem do wniosku, że musiałbym podkreślić je wszystkie… :>
Zaburzenie może zacząć się w dzieciństwie, nasila się w okresie dojrzewania. Początkowo traktowane jest przez otoczenie jako przejaw nieśmiałości, jest to jednak coś więcej niż nieśmiałość. Podczas kontaktów z innymi ludźmi lub będąc w centrum uwagi osoba z fobią społeczną przeżywa silny lęk, czasem wręcz panikę. Występuje wtedy przyspieszone bicie serca, trudności z oddychaniem, drżenie rąk, pocenie się, zawroty głowy i szum w uszach, zaczerwienienie twarzy, mdłości. Bardzo charakterystyczne jest unikanie tych sytuacji, w których ten lęk występuje.
Przykro mi, te zdania można również dopisać do zachowania, które mnie charakteryzuje…
Fobia społeczna jest czynnikiem ryzyka dla innych fobii, depresji i uzależnienia od alkoholu i leków.
Uzależnienie od marihuany – po niej czułem sie po prostu swobodniej :>
Bardzo wiele osób cierpiących na fobię społeczną nie korzysta z opieki lekarskiej. A choroba ta nie leczona może doprowadzić nawet do inwalidztwa. Z kolei podjęcie leczenia doprowadza do znacznego złagodzenia objawów, umożliwia zwyczajne życie.
Niby tak, ale…
Fobia społeczna to zaburzenie, które można leczyć. W leczeniu skuteczna jest psychoterapia oraz farmakoterapia (stosowanie leków psychotropowych, głównie niektórych leków przeciwdepresyjnych).
Nie chce żadnych leków psychotropowych… To mi zepsuje głowę.
Przecież Ja to wiedziałem od dawna. To się nasila z każdym miesiącem i Ja to doskonale wiem. Tylko nie wiem jednego – co mam zrobić. Mam w portfelu karteczkę i zastanawiam się, czy skorzystać z informacji na niej zawartej. Czy warto. Czy to coś zmieni.
Tak nieraz sobie żałośnie myślę, że gdybym był inny, bardziej otwarty, mogłoby być… fajnie. Tak samo jak inne dzieci chodziłbym do szkoły, rozmawiał z nimi, śmiał się. Wesoły wracałbym do domu, gdzie posiedziałbym chwilę, żeby odpocząć, a później wyruszył dalej, na dwór, do znajomych :>.
Byłoby wspaniale.
Dlaczego piszę tą notkę? Mam dziwną głowę. Pojęcia nie mam po kiego to piszę. I tak nikt tego nie przeczyta. Nikomu nie dam do tego dostępu. Wstydzę się tej choroby. Może piszę ją zwyczajnie dla siebie, żeby to napisać, żebym nie trzymał tego w sobie. Kiedyś, ktoś, po coś opowiadał mi, żeby nie trzymać problemów w sobie, żeby się komuś wygadać. Po co? Zapytywałem. Było to dla mnie śmieszne – dzielić się z kimś moimi problemami… żałosne ;). Młody byłem. Wiem, że człowiekowi potrzebna jest osoba, które można tak po prostu powiedzieć to i owo, żeby… nie mam pojęcia po co, żeby lepiej się poczuć? Nie chodzi już o jakieś pocieszanie, czy coś w tym rodzaju, bo pocieszanie nie ma sensu. Tylko o zwykłe wysłuchanie problemów. Żeby poczuć, że jest ktoś, gdzieś tam, na kim możemy polegać, kto nas wysłucha, żeby wiedzieć, że… wiem, wiem, żałosne :>.
Istnieje może skala problemów? Nie ma takiej skali? Chociaż może skala złego samopoczucia? Weźmy na to taki przykład:
Koledze umarła matka. Jak się czuje, w skali od 1 do 10? Dałbym mu, no 9 (może przecież do tego umrzeć cała reszta rodziny, nie?). No więc jest 9. Według na oczywiście. Ale chłopak ten jest silny i myśli sobie:
- „Tak, kochałem ją. Bardzo mnie to boli, ale trzeba żyć dalej, nie mogę się nad sobą użalać. Będzie dobrze”. Ta skala schodzi w dół i powiedzmy przybiera liczbę 6.
Sytuacja druga: Dziewczynka płaczę, bo długopis jaki kupiła jej matka nie jest taki, jaki ma jej super koleżanka. Błahy powód do płaczu, prawda? Dla nas. Dalibyśmy jej 2 w 10 punktowej skali. Jednak dla tej małej dziewczynki, jest to straszny problem. Ma bardzo niskie samopoczucie. Dla niej, to najważniejsza sprawa jak istnieje. Dlatego dla niej, ten problem przybrał liczbę, również 7.
Do czego zmierzam? Do tego, że to nie problemy (tzn. jakieś sytuację) wywołują u nas złe samopoczucie, tylko my sami. To od nas zależy jak w danym momencie będziemy się czuli, jak podejdziemy do tej sytuacji.
Mam chociaż trochę racji?
Gdzie jest, jakiś ktoś, kto powie mi:
- Michał, najlepiej będzie jak postąpisz tak. Wszystko wtedy się dobrze ułoży. Będziesz taki jak parę lat temu. Wesoły i uśmiechnięty.
Istnieje w ogóle ktoś taki?… :>
//edit [11:43]: Skorzystałem z informacji zawartej na karteczce :>.
// Dopisano 24 maja 2009r.: Wcale nie skorzystałem. Zadzwoniłem tylko pod numer, który był podany na karteczce – oddział nerwic chyba w Poznaniu. Ostatecznie nigdzie nie pojechałem i dobrze się skończyło.
Jako, że od kilku lat moje zainteresowania kręcą się wokół komputerów i internetu zamierzam też swoją przyszłość zawodową z tym związać. I tu zaczynają się problemy. Czy dam sobie radę na kierunku informatycznym? Przecież znam tylko podstawy PHP, nie wspominając już o C, delphi, basicu, linuksie, dosie – mógłbym wymieniać godzinami czego Ja jeszcze nie umiem ;).
Wiem o tym, że idę do szkoły wyższej, aby tego właśnie się nauczyć, ale jakąś wiedzę powinienem już posiadać, skoro idę na ten, a nie inny kierunek. Jak tak czytam nieraz prywatne strony ludzi, to dochodzę do wniosku, że nie mam po co iść na informatykę. „Przygodę z komputerami zacząłem, gdy miałem 10 lat, programować zacząłem jeszcze w podstawówce” – to jest urodzony informatyk.
Z drugiej jednak strony znam wiele osób, które z informatyką mają tyle wspólnego co Ja z baletem. Daleko nie szukając mój kuzyn. Jego głównym zajęciem są rozmowy na GG i gry (nie, nie programowanie ;), i poszedł na informatykę. Kolejny przykład, moja dobra znajoma, która jest na drugim roku w szkole średniej, na kierunku informatycznym, a nie zna HTML’a.
Patrząc na to dochodzę do wniosku, że ze mną nie jest właściwie tak źle. HTML’a przynajmniej biegle znam ;p. Zasady działania serwerów, internetu i sieci nie są mi obce, bawiłem się już Delphi, PHP, Java script, na linuksie nawet kilka dni siedziałem (Mandriva – ale to już coś;p) , parę komend dosowych znam, nie wspominając już o windowsie, którego w czasie 5 lat zdążyłem bardzo dobrze poznać.
Mogę chyba śmiało sobie powiedzieć, że jeśli nie będę orłem, wyróżniającym się niespotykaną znajomością informatyczną, to chociaż dam sobie radę pozostając na poziomie średnim. A do nowej szkoły pozostało jeszcze kilka miesięcy, więc mój zasób wiedzy prawdopodobnie zwiększy się o kilka dodatkowych helionowych książek…